Zjazd rodzinny raz proszę – Cinquecento

Taki sobie malutki dodatek, który nic nie wnosi. Rzecz dzieje się w rozdziale VIII. Ot, na zdrowie.

Bonus – Jazda cinquecento

Feliks wsiadł do cinquecento Dusi, odpalił auto za drugim razem, zerknął podejrzliwie na skrzynię biegów i gwałtownie wycofał. Raivis przełknął ślinę. Polska był wściekły. To oznaczało, że ta jazda może być jego ostatnią. Nie wykończył go Iwan, wykończy go jego kuzyn i wszystko zostanie w rodzinie!

Ale Feliksa wykończy Rosja, bo Polska omal nie przejechał Obwodu… Co z tego, że Waniuszka wleciał mu pod auto? Dobrze, że Serbia ma świetny refleks.

Feliks zjechał z podjazdu, a jako że było z górki, postanowił wystartować z dwójki i auto zdechło. Po potoku przekleństw, Polska odpalił fiata i wyjechał na główną drogę. Depnął po gazie tak, że Łotwę wbiło w fotel. Przy zakręcie musiał chwycić się rączki nad oknem. Feliks gwałtownie skręcał, żeby nie wpaść w głębokie dziury i nie urwać czegoś, raz zahamował tak nagle, że Raivis poczuł jak pas bezpieczeństwa wpija mu się boleśnie w pierś. Gdy wjechali na odcinek, na którym połatali dziury było jeszcze gorzej niż na tym, gdzie ich nie łatali. Bo tutaj Polak się już nie przejmował tylko jechał jak leci. Trzęsło nimi, resory zrobiły sobie wolne, podwozie żałośnie trzeszczało, a Raivisowi żołądek podchodził do gardła. Zimny strach oblewał go przed każdym zakrętem i zawsze, gdy jechało coś z naprzeciwka. Zderzą się lusterkami, nie zderzą się… Łotwa czasami zamykał nawet oczy.

– Się im śmietanki do kawy, kurna, zachciało – zamamrotał Feliks i wyjechał na bardziej ruchliwą drogę.

Raivis myślał, że teraz Polska powinien się uspokoić, ale gdzieżby tam! Feliks podjeżdżał tak blisko samochodu przed nim, że Łotwa tylko czekał, aż tamten zahamuje, a oni znajdą się w jego tyle, staną się z nim jednością, zwiedzą bagażnik, etc. Auta wlekły się pod górkę, a gdzieś na jej szczycie majaczył zdychający tir. Polska z furią zmienił bieg na mniejszy, cinquecento szarpnęło i silnik zawył sobie radośnie.

– Nienawidzę tego szmelcu.

Raivis musiał przyznać, że syrenka Feliksa chodziła bez zarzutu… Gdyby tylko Goran nie zastawił Feliksa, a Gorana nie zastawiła Natasza… Polska mimo wszystko dbał o swój różowy wehikuł i nie zmieniałby w nim biegów jak gdyby chciał wyrwać te wajchę i nie jeździłby hamulec-gaz, bo szkoda byłoby mu paliwa.

Łotwa był ciekaw, czy Chorwacja też prowadziła tak, jak Felek. Z równą pasją i zaprawdę ułańską fantazją.

Boleśnie ułańską, bo właśnie szarżowali 120 na godzinę, gdy wyprzedzali cały łańcuszek aut, silnik ryczał tak, że nawet gdyby Feliks coś powiedział, Łotwa na pewno by nie usłyszał. Nagle wpadli w jakąś ni to dziurę, ni to rozpadlinę, chyba łącze płyt, bo cinquecento uroczyście odmówiło współpracy. Polska puścił kierownicę, Łotwa pożegnał się z życiem, ale auto jakoś samo odnalazło właściwy rytm, wpadło w koleiny i jechało grzecznie, wtedy Polska złapał za kierownicę i powiedział:

– Zawieszenie całe, czy kapcia nie złapaliśmy zobaczymy na parkingu sklepowym.

Raivis osunął się na fotelu.

Polska w miarę grzecznie dojechał do wspomnianego sklepu. Spojrzał na Łotwę, wysiadł, obszedł auto, otworzył drzwi od strony pasażera, odpiął pas Raivisowi, obrócił go tak, żeby nogi zwisały poza wnętrzem samochodu i skłonił mu głowę do kolan.

– Nie ruszaj się, jesteś strasznie nerwowy, totalnie tylko mi tu się nie zhaftuj… Te dzisiejsze dzieciaki…

Łotwa doszedł do siebie na tyle, że nie chciało mu się wymiotować, wróciła władza w rękach, ale nie był pewny swoich nóg, więc siedział spokojnie. Polska wrócił po kilku minutach.

– Niedobrze ci?

Raivisowi zrobiło się dopiero niedobrze, gdy pomyślał, że muszą jeszcze dojechać z powrotem. Polska podał mu butelkę z wodą, batonik i gumę do żucia. Łotwa powoli napił się mineralki, przeżuł batonik i mocował się z paczuszką gum. Zdziwił się cierpliwością Feliksa, bo żywioł polski do najcierpliwszych narodów nie należał. Ale Polska opierał się tylko o auto, obserwował przesuwające się po niebie kształty chmur i co chwila pomrukiwał, że Iwan jest debilem, ciocia Bułgaria go wnerwia, a ten palant Estonia to pewnie leży sobie gdzieś z piwkiem i ciupie pasjansa na laptopie. Raivis nabrał trochę kolorków.

– A tę śmietankę kupiłeś?

Feliks zaklął i wrócił do sklepu. Zabawne. Kupił wszystko do ratowania Łotwy, a o celu podróży zapomniał. Po chwili Polska znowu znalazł się przy Łotwie.

– Lepiej ci?

Raivisowi znowu zrobiło się niedobrze. To auto było małe i klaustrofobicznie przypominało mu o maluchu Torisa. W dodatku na lusterku wisiała ta tandetna zapachowa choinka, której zapach też przyprawiał go o mdłości.

– Nawrót choroby, kurna, lokomocyjnej – mruczał Polska. Po chwili strzelił palcami. – Mam pomysł. Pojedziesz jako kierowca.

– Ale…

– Nie piernicz, tylko zasuwaj na miejsce. Jak się skupisz na drodze, to nie będziesz myślał, że ci flaki chcą uzyskać autonomię.

Łotwa znał ten ton Polski i wiedział, że jak on coś mówi w ten sposób, nie można z nim dyskutować. Przesiadł się na fotel kierowcy, ustawił go, lusterka. Feliks siadł jako pasażer i ze spokojem przyglądał się tym zabiegom. Raivis usiłował wrzucić wsteczny, ale ciągle go wybijało.

– Depnij to sprzęgło totalnie do dechy! – warknął Polska.

Łotwa z paniką stwierdził, że prawie stoi na pedale sprzęgła.

– Ja… Depnąłem.

– To do mnie ta wajcha. Mocno, nie bój się!

Raivis westchnął ciężko. Oczywiście, że mu się nie uda…

Polska trzepnął go po ręce i sam wrzucił wsteczny.

– Działa? Totalnie? Da się?

Raivis kiwnął głową. Feliks wyrzucił bieg. – To teraz ty.

Łotwa spróbował zrobić to kilkanaście razy, aż w końcu mu się udało. Polska znowu wyrzucił mu bieg i zabawę powtórzyli jeszcze kilka razy, póki dłoń Raivisa nie zapanowała nad skrzynią biegów perfekcyjnie.

– To jedź. Z jedynki startuj, bo świnia zdycha. Ma tak spierdzielony totalnie silnik, że kurna poezja!

Raivis wycofał, cinquecento było małe i zwrotne, więc z manewrami żadnych problemów, wrzucił jedynkę, delikatnie przycisnął gaz, puścił powoli sprzęgło, a auto zgasło.

– Wal to, jest spieprzone, trzeba wyczuć gdzie to durnowate sprzęgło łapie…

Łotwa odpalił auto, wystartował jeszcze raz. Sprzęgło łapało strasznie nisko, ale dało się. Wyjechali na drogę, spokojnie, ale po chwili już wlekli się w sznureczku samochodów.

– Dwójka, tu jest pod górkę, zaraz zdechnie.

– Ale ja jadę 40…

– I normalne auto jak moja syrenka uciągnie na trójce, ale to ma silnik spierdzielony.

Faktycznie, auto zaczęło szarpać i Raivis musiał wrzucić niższy bieg. Dojechali tak aż do zjazdu i dalej drogą aż do domku Ukrainy. Łotwa zaparkował nieco zdezorientowany. Czekał, kiedy Polska rzuci coś o jego technice jeżdżenia albo, co gorsze, pójdzie do rodzinki i go wyśmieje. Feliks poprosił, żeby dał mu kluczyki.

– No – powiedział, wysiadając z samochodu. – Wiesz co, Raivis? Ty to jeździsz lepiej od Lici. Gdybyśmy widział, jak on się ze swoim maluchem obchodził, no masakra totalnie. Dałeś sobie radę z tym gównem, to możesz na tira prawko robić, wierz mi.

Polska puścił mu oko i polazł do domu. Łotwa nie mógł się pozbyć tego głupawego uśmiechu przez najbliższy kwadrans.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s