Zamotani – III [koniec]

– O – stwierdził Czechy z nikłym zainteresowaniem w głosie.
Niemcy odwrócił się, a na jego twarzy znów zagościło to nieco przestraszone spojrzenie. Prusy powędrował za jego wzrokiem. Zza filaru przy schodach wyszedł Obwód Kaliningradzki. Dziecko, będące pomniejszoną kopią Rosji trzymało w pulchnych rączkach lizaka, a fioletowe pięciozłotówki oczu utkwiło w Ludwigu. Nie mrugał. Prusy aż się wzdrygnął na wspomnienie tego, jak kiedyś dzieciak wpatrywał się tak w niego.
– O – Słowacja jakby powtórzyła po bracie, ale było w tym o wiele bardziej pogodna. – Waniuszka, sam ze schodów zszedłeś?
Chłopiec spojrzał na nią i obnażył ząbki.
– Urosłeś – dodała i zaczęła iść w jego stronę.
Obwód zrobił karpika i nagle zaczął bardzo szybciutko iść w stronę Niemiec. Zatrzymał się tuż przed nim i zadarł główkę. Zamrugał i znów obnażył ząbki. Łużyce przyglądał się temu z obawą i zaciekawieniem. Obwód podniósł jedną nóżkę, zachwiał się… Kopnął Niemcy w kostkę i szybciutko uciekł za Pruskie nogi.
Niemcy krzyknął, bo Waniuszka nie dość, że się do kopnięcia przyłożył, to jeszcze stópką trafił w nerw. Z wysokości antresoli rozległ się zbiorowy śmiech. Rosja śmiał się głośno, obnażając przy tym znacznie większe od Wianuszkowych zęby. Chorwacji i Polsce aż łzy płynęły po policzkach. Litwa cofnął się pod ścianę, tak że go widać było słabo, ale słychać i tak bardzo dobrze. Czarnogóra, Słowenia i Ukraina chichotały oparte o balustradę. Nawet Białoruś, stojąca obok Rosji, zdawała się śmiać. Na dole Czechy i Łużyce tym razem nie tyle ścianę podpierali, co ściana ich, inaczej bowiem niechybnie obaj by się przewrócili. Galante starając się nie zakrztusić tłumaczył Estonii to, czego ten siłą rzeczy nie zobaczył.
– Oj, Waniuszka – Słowacja próbowała zapanować nad chichotem. – Nieładnie tak ludzi kopać, wiesz?
– Kto to jest? – Niemcy zapytał półgębkiem ledwie wyszedł z szoku.
– Syn Iwana – Prusy odpowiedział mu, starając się z całych sił, aby brzmieć tak nonszalancko, jak to tylko było możliwe. – Obwód Kaliningradzki – dodał i przegrał walkę ze śmiechem. Wyraz bezgranicznego zdumienia na twarzy Niemiec przekreślił wszystkie jego wysiłki. Śmiał się na równi z innymi.
– Syn? – Z niedowierzaniem powtórzył Niemcy.
– Totalnie! – Polska odpowiedział mu między jednym spazmem śmiechu a drugim. – I Waniuszka, Misia ma rację! Ty Ludwiga kopać nie powinieneś! Z niego gorszy alergen niż z Dalmacji!
Towarzystwo na górze, które ledwie poczęło się uspokajać, ponownie wybuchło śmiechem.
– Co?
– Dalmacja – spróbował wyjaśnić Prusy. Poczuł pewien szacunek dla Łotwy, że ten zdołał opisać Estonii, co się wydarzyło i się jednak nie zakrztusić. – Pies Chorwacji. Waniuszka ma na niego brzydką alergię, co nie? – Dodał i spojrzał na uczepionego jego nogi malucha. Ten zaś wpatrywał się z wielkim zaciekawieniem w Niemcy. Usta miał zaciśnięte w cieniutką linię, a piąstki maltretowały Pruskie spodnie. Gdyby Ludwig w dzieciństwie bawił się petardami i sprawdzał, co się stanie, gdy przywiąże się petardę do żaby, to dobrze znałby ten niemalże naukowy rodzaj spojrzenia. Wiedziałby też, że w tej chwili pełni rolę żaby. Ale się nie bawił, więc tego nie znał i teraz stał tylko tak zastanawiając się, co powiedzieć. No i, co najważniejsze, czuł się zdradzony.
– No, no – zaczął Rosja opanowawszy najwyraźniej śmiech na tyle, aby w ogóle móc coś powiedzieć. – Chodźmy zobaczyć, co ma Ludek do powiedzenia.
Czechy i Polska zgodnie prychnęli, Słowacja znowu zaczęła się śmiać, tym razem z braci.
– Jakbyś się, cholera, nie spóźnił, to byś już mniej więcej wiedział – odezwał się Serbia, a Rosja spojrzał na niego jakby zasmucony. Nim jednak cokolwiek powiedział wtrąciła się Ukraina.
– Iwan ma rację. Chodźmy. Już dobrze po południu, a trzeba by jednak skończyć przed porą obiadową.
Jej argument wywarł znaczące wrażenie na męskiej części zebranych, a dalej już poszło za ciosem. Oczywiście byłoby za pięknie, jakby wszyscy od razu usiedli, a sprzęt zdziałał. Laptop znów się zahibernował i ni diabła nie chciał z hibernacji wyjść – trzeba go było zrestartować. Iwan niby usiadł koło Ukrainy i Białorusi, ale szybko się okazało, że o ile inni to jeszcze się jakoś mieścili, to on nie. Finalnie usiadł na schodach ku radości Obwodu, który mógł mu siedzieć na kolanach. Niemcy przyglądał im się sam nie wiedząc, co o tym myśli. Niby wartości rodzinne i w ogóle, ale było w nich coś, co go chyba przerażało. Jakieś głębsze podobieństwo i to nie Obwodu do Rosji, ale Rosji do Obwodu.
– Większość regionu znajduje się teraz po stronie Niemieckiej. Teraz, czyli po wojnach. – Łużyce mówił dalej, choć trudno było osądzić, czy wrócił do tematu czy nie. Nikt bowiem nie pamiętał, o czym tak w zasadzie mówił przed narzuconą przez Serbię przerwą. – Po pierwszej i drugiej wojnie były wyraźne próby wyszarpnięcia jakiejś autonomii. W 1945 powstała nawet Rada Łużycka, ale ją potem w sumie sam rozwiązałem. No tak się ułożyło. Raz to chciałem z Josefem wspólnie państwo zrobić, ale nic z tego nie wyszło.
Czechy prychnął.
– Nawet mi się odezwać nie dali! – Łużyce tego nie zauważył i mówił dalej. – To w ogóle jawna niesprawiedliwość, że Iwan Słowację wyzwolił, Czechy wyzwolił, Polskę wyzwolił, a ja to co!? Pies? – Łużyce uniósł się poczuciem jawnego zignorowania jego osoby w latach zamierzchłych.
Łotwa rzucił zlęknione spojrzenie ku Rosji, ale ten bardziej niż oburzeniem Łużyc zainteresowany był grą w łapki z Waniuszką. Ukraina chwyciła Białoruś za rękę, tak na wszelki wypadek.
– W sumie, to tereny ci wyzwolił – odezwał się Prusy i wzruszył ramionami. Niemcy spojrzał na niego oburzony. – A żeś sobie nie umiał z tego nic wykroić i żeśmy cię zdominowali, to sorry misiu.
Słowacja chrząknęła znacząco. Białoruś sztyletowała wzrokiem Łużyce. Prusy odwrócił się gwałtownie.
– A! Sorry, ja nie chciałem! Wymsknęło mi się, Misia! Przepraszam – wyrzucił z siebie.
Niemcy jęknął cicho. Przez myśl przeszło mu, że oto kończy się świat, bo „Niemiec” przeprasza gorliwie Słowiankę i to w dodatku za taką duperelę językową.
Białoruś wstała. Ukraina chwyciła ją mocniej za rękę. Litwa jęknął i z przejęciem począł coś mówić do Estonii.
– Ale – Łużyce zaczął, ale niemalże wypchnięty przez Litwę von Bock go uciszył. Nie żeby jemu samemu to odpowiadało, bo w ten sposób miał duże szanse być w centrum zamieszania, gdyby miało dojść do rękoczynów. Problem w tym, że jemu było najłatwiej wyjść z rzędu, a czas odgrywał tu znaczącą rolę. Inaczej Litwa pewnikiem zająłby się tym osobiście.
– Masz coś do mojego brata? – Białoruś odezwała się bardzo powoli. Polska poderwał się z miejsca i szybko znalazł w pobliżu sióstr. Marczenko spojrzała na niego z niemą prośbą o pomoc. Łukasiewicz przeszedł ponad ławą i znalazł się po drugiej stronie Białorusi. Czechy zastanowił się, czy powinien coś zrobić, czy posłuchać instynktu samozachowawczego i siedzieć na tyłku.
– Taśa – Ukraina próbowała siostrę uspokoić. – On nie chciał nic złego powiedzieć – zapewniała.
Polska miał wrażenie, że dodanie: to kretyn, nie wie zwykle co gada – byłoby tu niezłym uzasadnieniem, ale tego nie powiedział, bo jednak rozlewu krwi nie chciał, a uniesiony honorem własnym Łużyce mógłby się okazać zbyt silny dla Estonii do utrzymania i by było w ogóle pozamiatane.
– Taśa, daj spokój. – Ukraina nie ustawała w próbach. – Popatrz, przecież Iwan nawet nic nie powiedział.
Argument był marny, bo Rosja nie za bardzo wiedział skąd to całe zamieszanie, co nie przeszkadzało mu się przyglądać.
– Odpuść mu, Natasza. – Polska zaczął z drugiej flanki. – Jak go będziesz próbowała pobić, to sobie sukienkę wymniesz.
Białoruś spojrzała na niego z wymownym: a co to ma do rzeczy? odmalowanym w oczach.
– No a wtedy, to cię na lody nie będę mógł zabrać, bo ty nie lubisz przecież tak w wymiętej chodzić po mieście! – Mówił dalej z przesadną emfazą, ale Alfroskaja raczej nie zwróciła na to uwagi.
Czechy przyglądał się temu z niejakim niepokojem. Oczyma duszy widział już, jak finalnie miast jednego brata straci obu. Rosja obserwował poczynania Polski z takim samym wyrazem twarzy jak Waniuszka. Błoga, dziecięca ciekawość świata wręcz od niego promieniowała. Czego na zewnątrz widać nie było, to pewnego przeczucia, które cichutko skrobało mu w podstawę czaszki.
– Wyczaiłem tu absolutnie genialną lodziarnię – dodał Łukasiewicz.
Białoruś prychnęła, powiedziała coś tak cicho, że tylko Polska i Ukraina mogli to usłyszeć i usiadła.
Czechy poczuł, jak żuchwa opada mu o kilka znaczących centymetrów. Rosja jakby posmutniał. Estonia odetchnął z ulgą i puścił Łużyce. Ten demonstracyjnie zaczął poprawiać marynarkę i próbował zastosować na Estonii jakieś mordercze spojrzenie, ale nie miał w tym takiej wprawy jak jego młodsi bracia, a i Estonia był na wiele spojrzeń już uodporniony. Spojrzał na Łużyce z powątpiewaniem, zmarszczył się, szkła okularów złapały jakiś refleks światła wpadającego przez okno w suficie. Łušćanski cofnął się o krok, Galante westchnął, a Niemcy nie po raz pierwszy odniósł wrażenie, że ten chłopak ma coś wspólnego ze Szwecją. Coś na zasadzie „z jakim przystajesz takim się stajesz”, albo coś innego na tę nutę. Łużyce jeszcze szybko pokazał plecom Estonii język, co spowodowało krótki spazm śmiech na sali, i wrócił do swojej prezentacji.
– W każdym razie była Rada Łużycka, ale ją w 1948 ją rozwiązano, a raczej rozwiązała się sama, ale pod zewnętrznym naciskiem, więc to na jedno wychodzi. I przez ostatnie sześćdziesiąt lat to się tak toczy, snuje i w ogóle.
– Jak smród po gaciach – mruknęło Kosowo i skrzywiło się brzydko, bo Czarnogóra ponownie ograła go w komórkowe szachy.
– A tu chodzi o tożsamość…
„O polską chatynkę, niemieckie auto i czeskie piwo w lodówce” Galante napisał to na kartce i podał ją Litwie, ten westchnął, wstał i wychylając się ponad pustymi miejscami podał ją Polsce…
– O powszechne uznanie i w ogóle – zawiesił głos, co Słowacja uznała za moment lepszy od innych do zakończenia części oficjalnej, tego zorganizowanego w dużej mierze przez Łużyce spotkania. Zaczęła bić brawo, a dalej już poszło efektem domina i jeśli Łušćanski chciał coś jeszcze dodać, to nie miał już ku temu okazji. Słowiańska banda z towarzystwem zaczęła wychodzić pospiesznie z sali. Polska zszedł nawet na dół, aby pomóc bratu szybciej porozłączać wszystkie kable. Kto inny czmychnął zabrać jeszcze każdemu kanapkę, bo nagle się jakoś okazało, że w sumie obiad to chętnie, ale może jednak później. A teraz można by się po prostu napić, zwłaszcza że potencjalny lokal był niedaleko i kusił wychodzącym na Odrę tarasem. Chorwacja i Czarnogóra były bardzo na tak, zwłaszcza, że słońce stało jeszcze względnie wysoko i było cieplutko. Niemcy czuł jak echem odbijają mu się pod czaszką słowa Njegoš, ale nic nie powiedział. Wolał milczeć i dać się ponieść tłumowi niż stawać okoniem do słowiańskiej rzeki. Był sam, bo Gilbert już się w tym niewątpliwie utopił i pomóc mu nie mógł, zatem należało mieć za priorytet własne przetrwanie. Dlatego też pozwolił się wyprowadzić z budynku i przeprowadzić do Tawerny…

Koniec

Z cyklu informacji zupełnie bezużytecznych sala wykładowa, w której się odbyła ta cała szopka mieści się w budynku A-4 Politechniki Wrocławskiej, a wzmiankowana na koniec Tawera jest naprawdę fajnym miejscem, żeby po wykładach wyskoczyć na piwko xD
No i to będzie na tyle. Dziękować. *skłon* xD

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s