Zamotani – I

Łużyce chciał zaznajomić tych i owych z tym, kim on w sumie jest. Na wykładzie stawiło się wielu, ale co z tego w sumie wyszło to…
Komedia.

Ostrzeżenia: klną, nie ma się co oszukiwać; chaos ludzki; wzmiankowany ŁotEst x]

Postaci: Łużyce [Ludowit Łušćanski]; Słowacja [Michaela Macháčková], Czechy [Josef Havel]; Polska [Feliks Łukasiewicz]; Prusy [Gilbert Beillschmidt]; Litwa [Toris Lorinaitis]; Łotwa [Raivis Galante]; Niemcy [Ludwig]; Słowenia [Dunja Vošnjak]; Chorwacja [Silvija Butkovic]; Wojwodina [Jovana Andrić]; Czarnogóra [Radmila Njegoš]; Serbia [Goran Andrić]; Kosowo [Viktor Jashari]; Ukraina [Olena Marczenko]; Białoruś [Natasza Alfroskaja]; Rosja [Iwan Bragiński]; Obwód Kaliningradzki [Waniuszka]

 

Zamotani

– I co ja robię tu, uuuuu… I co ja tutaj robię – zaśpiewał pod nosem Łukasiewicz, patrząc z wysokości przedostatniego – piątego, rzędu ławek w Sali wykładowej. Pierwsze trzy zgodnie świeciły pustką, a przed nimi miotał się Łušćanski. Laptop – pożyczony w dodatku – wybitnie nie chciał się dogadać z rzutnikiem – tutejszym – skutkiem czego był błękitny prostokąt na zwieszającym się z sufitu ekranie.
– Ten sprzęt go nie lubi – westchnęła Macháčková – Słowacja, siedząca obok Łukasiewicza, a także obok Czech. Było to posunięcie strategiczne, choć ze względu na osobę prelegenta istniała spora szansa, że bracia jednak sobie do gardeł nawet słownie nie skoczą.
– Konflikt pokoleń – stwierdził Havel aż nadto poważnym tonem, co wywołało atak powszechnej wesołości wśród najbliżej mu siedzących.
– Niech mu ktoś pomoże.
– Zgłaszasz się na ochotnika rozumiem? – Czechy z powątpiewaniem spojrzał na siedzącego rząd niżej Laurinaitisa. Ten się przykładnie speszył, mruknął coś, chrząknął i rozejrzał za kimś, kogo najwyraźniej nie znalazł, bo wrócił do przeglądania kolorowej broszurki, jaką każdemu z nich wcisnął Łużyce. Łotwa swoją zdążył już stłamsić, teraz zupełnie nieświadomie przerabiał Estońską na samolocik. Raz po raz zerkał to na Litwę, to na drzwi, za którymi chwilę wcześniej zniknął von Bock. I to zniknął z premedytacją, bo uznał, że za wsparcie techniczne robić nie zamierza, a jakoś oczywistym było, że ktoś go w to wrobić spróbuje.
– Ludziu – Łukasiewicz przekrzyczał ogólną wrzawę. – To może my sobie pójdziemy w diabły, albo tak, chociaż na papierosa?
Niedoszły prelegent spojrzał na niego nienawistnie, a że siłą rzeczy spoglądał też na Czechy i Słowację, to od każdego z nich otrzymał odpowiednio spojrzenie pełne znudzenia i wystawiony język. Wymruczał coś i wrócił do prób porozumienia się z pilotem do rzutnika.
– Za jakie grzechy?! – Jęknął Havel.
– A może –
– Cicho, Licia. Łużyce jest duży. Z nas w końcu najstarszy, to se radę da – Łukasiewicz nie dał Litwie skończyć.
– Ale…
Radosny szum rozmów przeszedł na skali o kilka stopni wyżej. Już nie szeptano do siebie, bo nawet ktoś siedzący obok by tego szeptu nie zrozumiał. Chorwacji spadła płyta CD, co Serbia podsumował rzucając w powietrze co bardziej soczysty kawałek swej mowy ojczystej. Widać płyta była jego. Łotwa ostrożnie wstał, jakby Litwa mógł go co najmniej zabić za rejteradę. Przeszedł za rzędami w stronę głównego zgrupowania.
– Eduard pyta, czy ktoś coś chce ze sklepu, bo poszedł się przewietrzyć i może kupić? – Zapytał na chwilę odsuwając od ucha telefon i zasłaniając go dłonią.
W dole Łużyce zaklął z fantazją w dolnołużyckim.
– Papierosy – rzuciła Słowacja, bo ją wcześniej bracia i nie tylko skutecznie opalili.
– Colę – dorzuciła Wojwodina.
– Dwie – dolicytowało Kosowo zupełnie niezainteresowane poczynaniami Łużyc.
– Powiedział, że kupi dużą i wam kubki przyniesie plastikowe, bo ponoć jakieś są na dole przy bufecie.
– Słusznie. To jeszcze niech jakąś kawę skołuje – dodał Serbia; ostatni rząd nieco w lewo od Zachodnio Słowiańskiej bandy.
Galante przytaknął, powiedział coś jeszcze do Estonii, a co to nikt nie wnikał, bo łotewski tyle miał do języków słowiańskich, że go trochę czasami rozumieli… Na pewno trochę bardziej niż Estonię. Laurinaitis przyglądał się temu z pewnym wyrzutem, który jednak coraz bardziej zabarwiał się zrezygnowaniem, bo w sumie, co go to wszystko obchodziło? Niemcy natomiast patrzył na to zdegustowany. Już chciał wygłosić jakiś adekwatny do całego tego bajzlu komentarz, gdy rzutnik w końcu zaskoczył i na ekranie pojawiły się górki i rzeczka z laptopowej tapety.
– Trzydzieści pięć minut! – Oznajmił Łukasiewicz, co przyjęto chichotem.
Estonia wrócił akurat na salę i rozdawał sprawunki. Wojwodina pogratulowała mu wyczucia czasu, a Laurinaitis miał ochotę jęknąć, bo kątem oka dostrzegł jeszcze jak Galante kasuje raport z komórki.
Łużyce chrząknął. Na ekranie pojawiła się prezentacja. Na chwilę zapadła na sali idealna, iście egzaminacyjna, cisza. Na chwilę, bo potem syknęła otwierana Cola. Wojwodinie rozdzwoniła się komórka a Słowenii zsunął się z blatu konspekt i plasnął o podłogę. Ludwig chrząknął. Dziewczyna odebrała rozmowę. Łušćanski zaczął mówić.
– W swojej prezentacji chciałem wam przybliżyć historyczne znaczenie regionu, który jest mój, choć tego nie uznajecie, ale jest. W każdym razie…
Havel jąknął. Łukasiewicz położył ręce na blacie, oparł o nie głowę i ziewnął. Macháčková postawiła na swoim konspekcie pierwszą kreskę.
– Region ten leży na pograniczu niemiecko-polsko-czeskim…
Na ekranie pojawiła się barwna mapka opisana po angielsku.
– Co to była za lizusowata kolejność – Havel szepnął i palnął się dłonią w czoło.
– Nie wiem. – Łukasiewicz wzdrygnął się, a siedząca obok Słowacja zachichotała.
– Skasuję go ze znajomych na N-K – mruknął Łukasiewicz.
– A ja na Face. – Czechy generalnie poparł ideę kasacji Łużyc.
– Z Face to go większość z nas wywali – Serbia nie fatygował się szeptem, zwłaszcza, że od Zachodnich oddzielała go Wojwodina i Kosowo.
Ludwig – rząd czwarty, ale zupełnie przeciwny jego koniec niż Bałtowie i stowarzyszeni, odwrócił się i spojrzał na nich wzorkiem z gatunku tych, co winny zabijać na miejscu. Ale albo coś mu nie wyszło, albo Słowianie byli jak koty i mieli co najmniej dziewięć żyć. Kosowo pokazał mu język. I byłby może Niemcy powstał i spróbował ten sajgon jakoś do ładu doprowadzić, gdyby nie to, że Łużyce po nieuzasadnionej pauzie zaczął mówić dalej zupełnie niepomny na powszechny brak zainteresowania.
– Teren ten zajmuje powierzchnię ośmiu tysięcy kilometrów kwadratowych i dzieli cię na Łużyce Dolne i Górne nazywane odpowiednio Dolna Łužyca lub Delnja Łužica i Hornja Łužica lub Górna Łužyca.
– W nazwy mu obrodziło – skwitował Łukasiewicz i zmienił pozycję, bo już mu kark zaczął cierpnąć. Sala jak na akademicką zupełnie nie była przystosowana dla ludzi o wzroście metr siedemdziesiąt i więcej. A i tym niższym było ciężko. W takich chwilach to wielu by się chciało na wzrost z Łotwą zamienić.
– Na tym terenie istnieją dwa języki. Są podobne, ale inne, dlatego się je rozróżnia. W sumie są do siebie podobne jak polski i czeski, bo dolno, znaczy się górnołużycki, to jest bardziej do czeskiego podobny, a dolno, to do polskiego. A że one wzajemnie do siebie podobne, no to i dolnołużycki i górnołużycki…
Słowacja schowała głowę w ramionach i zerkała to na jednego brata to na drugiego. Ludwig w milczeniu patrzył na slajd. Beillschmidt ziewał. Czarnogóra pisała coś zawzięcie na kartce, którą przed chwilą podała jej Chorwacja.
– Najstarszy tekst w górnołużyckim pochodzi z XVI wieku i jest to rota przyrzeczenia mieszczan budziszyńskich…
Z ekranu znikła mapa, na chwilę pojawiło się okno PowerPointa, potem eksplorator Windy, a zaraz po nim jakiś średnio czytelny skan.
– O, to jest ten tekst – Łużyce zakomunikował dla tych, co się nie domyślili.
Niemcy pokiwał głową. Czechy spojrzał na grafikę i z każdą przeczytaną linijką unosił wyżej brew. Łukasiewicz skrzywił się.
– To ja już totalnie wolę moją „Bogurodzicę” – stwierdził.
Estonia tak nieco nadal się kryjąc robił właśnie zdjęcie komórką. Ani chybi zdjęcie zawierało Łušćanskiego, ale chyba było w nim coś jeszcze, bo oparty o ramię Estonii Galante miał co najmniej rozbawioną minę. Laurinaitis odchylił się zaś na tyle na ile pozwalał mu rząd zaraz za jego plecami i też uśmiechał się jakoś podejrzenie. Chorwacja odpisywała Słowenii. Łużyce zamknął skan i wrócił do prezentacji. Pewnikiem złośliwością losu powodowana, ta wystartowała od pierwszego slajdu i musiał przeklinać się do właściwego. Słowenia przeczytała odpowiedź Chorwacji i za pośrednictwem Prus – rząd niżej – i Czech przekazała ją Słowacji. Ta przez chwilę czytała tę burzliwą wymianę zdań poczym wbiła swój wzrok w Łużyce. Zakryła dłonią usta i starała się nie zacząć się głośno śmiać. Łukasiewicz spróbował zerknąć jej na kartkę, ale ją też zakryła. Siedząca za nimi Wojwodina też poczuła się tym faktem zawiedziona.
– Historyczne to te regiony wchodziły w skład pierwszego tworu państwowego Słowian zachodnich – ciągnął Łużyce.
– I? – Czechy powiedział to głośniej niż zamierzał.
– I to jest chyba ważne – odpowiedział mu Łużyce.
– Chyba ryba – zasekundował Havlowi Polska.
– To jest ważne – poprawił się Łużyce.
– Ba – westchnął Czechy. Słowacja roześmiała się i nieopatrznie odkryła kartkę, Polska przeczytał ostatnie dwie linijki, spojrzał na Łušćanskiego i parsknął śmiechem.
– Ty innego krawata nie miałeś? – Zapytał wkładając wiele wysiłku w to, aby, chociaż przez tę krótką chwilę, się nie śmiać.
– Hę?
– Wyglądasz jakbyś chciał się stać jednością z Iwanem – zauważył Estonia.
Litwa mu przytaknął. Niebiesko-biało-czerwony krawat kojarzył się jednoznacznie wszystkim… Poza Łużycami.
– Masz jego flagę na krawacie – głos Słowenii ledwie wybił się ponad wesołość, jaka zapanowała.
– To moja flaga – żachnął się Łużyce.
– Bez początku i końca, to jest totalnie jego.
– Jak chciałeś mieć swoją, to sobie kurna mogłeś przypinkę wpiąć – mruknął Serbia.
Wojwodina zaczęła chichotać jeszcze bardziej, bo kilka lat temu jej ojciec miał dokładnie ten sam problem.
Łużyce się zacietrzewił. Ludwig znów miał ochotę coś powiedzieć, aby przywrócić należny ład. Nie za bardzo jednak wiedział co. Głośnie: cisza, wydawało się być dobrym początkiem, tylko, co dalej? Łużyce wcale nie wydawał się jakiś specjalnie flagowo-krawatowym zamieszaniem zdeprymowany. Na pewno był wściekły za porównanie, ale nie za fakt, że mu jawnie przerwano. Nerwowo rozsupływał krawat i mruczał pod nosem coś po polsko-czesku. Wojwodina próbowała się dokrzyczeć do Estonii, aby jej zdjęcie na komórkę przesłał, bo jej aparat nie dawał z tej odległości rady. Kosowo sekundowało jawnie, Czarnogóra w milczeniu. Łużyce wyswobodził się z krawata i z demonstracyjnym „a weźcie się ugryźcie” rzucił go w rozbawioną pseudo publikę. Zamachnął się jakoś krzywo i biedny kawałek materiału zniosło w lewo – na Łotwę. Łukasiewicz zawył ze śmiechu. Galante spojrzał na trzymany w dłoni krawat i spłonął rumieńcem po czubek uszu. Estonia zaś ukrył twarz w dłoniach. Serbia uznał, że ma dosyć.
– Przerwa, kurwa mać! Wszyscy wynocha! – Wydarł się ponad głowami zebranych.
Nikt nie zaprotestował. Ludwig bardzo chciał coś powiedzieć, ale Prusy klepnął go w ramię, zmusił do wstania i pchnął ku wyjściu.
– To jakaś farsa – mruczał Niemcy wchodząc po schodkach ku znajdującym się u góry sali drzwiom.
– Narzekasz – Beillschmidt wzruszył ramionami.
Ktoś pofatygował się na sam dół za to, aby włączyć klimatyzację i nawiew. W sali, było bowiem całe jedno okno. Zrobiono je z plastiku, znajdowało się na suficie i nie dało się go otworzyć. Po niemal godzinie można było za to w powietrzu zwiesić kilka siekier, toporów czy innych narzędzi kuchenno-wojennych. Łukasiewicz coś wspominał, że jeszcze dziesięć lat temu to nie była w ogóle sala wykładowa, a pomieszczenie z kotłami. Niemcy bardzo coś chciał w tej kwestii dodać, bo to nie było jakieś pomieszczenie z jakimiś kotłami, tylko kotłownia dla całej uczelni, tylko nim zaczął całe zachodnio-zachodnie towarzystwo czmychnęło przed budynek, aby się dotlenić.

– Na wzroście nie zbyło – stwierdził Havel patrząc jak Łukasiewicz siada na dość wysokiej balustradzie schodków przed budynkiem.
– A się weź – zasugerował mu mało konkretnie Polska i poczęstował się papierosem Słowacji.
Raz na en miesięcy mógł się w końcu podtruć, a okazja była ku temu przednia. Serbia też skorzystał z okazji, że to nie jego paczka jest w obiegu. Chorwacja i Czarnogóra minęły ich rozmawiając o nieobecnych Bośni i Hercegowinie. Zeszły na skwerek przed budynkiem i usiadły w na ławeczce pełnym słońcu zgodnie twierdząc, że mogłoby być cieplej. Galante i von Bock mieli na ten temat cokolwiek odmienne zdanie.
Niemcy i Prusy wyszli z sali na antresolę, z której schodziło się na niższy poziom budynku. Tam ktoś życzliwy rozstawił kilka stołów z zimnymi przekąskami. Tam też były plastikowe kubeczki, woda mineralna w małych, szklanych buteleczkach i podejrzanie wyglądający pseudo samowar z kawą i herbatą. Ot wyposażenie każdej przeciętnej konferencji. Ludwig zszedł tam powodowany pragnieniem, a Beillschmidt jakoś z rozpędu poniewczasie orientując się, ze zabawa przeniosła się na zewnątrz. Tu tylko Litwa nalewał sobie wodę, a i on po chwili czmychnął wołany z antresoli przez Ukrainę. Niemcy westchnął.
– To jakaś farsa.
– Co? To? – Prusy spojrzał na niego niechętnie odrywając się od kontemplacji miski z ciastkami różnorakimi.
– Tak. Organizują konferencję i co odstawiają? To przecież jakaś szopka?! – Niemcy uniósł się własną dezaprobatą. – Przez godzinę Łużyce nawet pięciu slajdów nie omówił, bo rzutnik, bo tę rotę z XVI wieku pokazywał, a na koniec ten krawat. Co on ich tak rozbawił!?
– No, bo był we flagę Iwana – Beillschmidt stwierdził i wzruszył ramionami. Sięgnął po ciastko z oczkiem dżemu w środku.
– I o to tyle śmiechu, przecież to nienormalne!
– Nie no – Prusy zamyślił się. Krawat jak krawat w sumie. Tylko potem głupio Łušćanski zrobił, że go rzucił. – Wiesz, bo krawatem, to pan młody na weselu rzuca – zaczął po dokładnym obgryzieniu dżemowego oczka z kruchego ciasta. – No i kto złapie to ma się następny żenić, znasz to przecież. A on tym w Łotwę rzucił.
– No i?
Prusy westchnął. Znów czuł się jak starszy brat tłumaczący Ludwigowi jak ten szalony świat działa.
– No i od zjazdu u Ukrainy wszyscy wiedzą, że Łotwa i Estonia są razem, więc im niechcący niezłą wróżbę walnął – zakończył, wzruszył ramionami i wpakował sobie dżemowe oczko do ust. Było rozkosznie słodkie. Z zapałem nałożył sobie więcej takich na serwetkę, aby mieć na później, bo ani chybi by mu je wyżarli. Kosowo już czaił się na antresoli, a ciągle nie było Iwana z Waniuszką.
Niemcy zamrugał, zrobił karpika, zamrugał ponownie i pokręcił głową, jakby odpędzał jakąś złą myśl.
– Łotwa z Estonią? – Zapytał tak pełnym niedowierzania głosem, że ciasteczko niemal stanęło Prusom w gardle.
– No – odparł, przełknął niedoszłe narzędzie mordu i dodał. – Idę się przewietrzyć.
Niemcy popatrzył w ślad za odchodzącym Beillschmidtem, ale sam się nie poruszył. Zupełnie jakby przyrósł do pokrytej zielonym gumolitem podłogi.
Słowiańska familia podzieliła się na grupki i tak przy sąsiadującej z salą, gdzie odbywała się prelekcja, toalecie wpadło się Prusom na Litwę i Ukrainę – dosłownie. Naprawdę wolałby, chociaż, aby kolejność tego wpadania była odwrotna, bo tak nadział się na Litewski łokieć. Zaklął, w czym Laurinaitis mu zawtórował, bo trzecia zasada dynamiki zadziałała bezbłędnie. Ukraina roześmiała się jakoś niepewnie. Przez otwarte drzwi budynku wdzierało się do środka wiosenno-letnie powietrze i odgłosy jakiejś kłótni. Temu wszystkiemu akompaniowały chichoty tych i owych oraz przekleństwa Serbii. Było normalnie.
– Oluś! – Wydarł się Polska. – A Nataszka z wrednym dzieciakiem i jego ojcem ma przyjechać, co nie!?
Marczenko spojrzała na Litwę, na Prusy, uśmiechnęła się przepraszająco i pobiegła na dwór. Beillschmidt aż się o krok cofnął, aby lepiej widzieć jej profil. Litwa tylko powiódł za nią spojrzeniem. A potem westchnęli. Obaj. Spojrzeli po sobie, pierwszy zmarszczył brwi, drugi się skrzywił, a w myślach mieli i tak dokładnie to samo: milcz!
Za progiem na Ukrainę czekał średnio rozwiany kłąb tytoniowego dymu, bo wiatru było tyle co kot napłakał. Serbia spalał właśnie drugiego papierosa i zerkał sobie to na Czarnogórę, to na Wojwodinę. Słowacja przysiadła się do Polski na poręczy i teraz czyniła wyraźne podchody, co by bratu coś z włosami zmajstrować. W końcu przecież poczęstowała go papierosem!
– Natasza chciała z nimi jechać, ale nie wiem czy się dogadali. – Marczenko przeszła na schodki, aby znaleźć się nieco poza strefą głównego zadymienia.
– No to albo go sterroryzowała, albo nie odbierał telefonu – stwierdził tonem znawcy Łukasiewicz. – Mogliby w ogóle nie dojechać.
– Feliks! – Ukraina niby się oburzyła, ale jakoś brak temu było siły.
– No, co? Chociaż w sumie Gilbert jest, to gówniarz będzie szczęśliwy. – Wzruszył ramionami.
– Feliks! – Dobiegł z budynku głos Laurinaitisa.
– No, kurna, co! – Wydarł się Polska, aby go tam w środku było dobrze słychać.
Macháčková poczuła się ogłuszona i na chwilę zrezygnowała z prób zaplecenia cienkiego warkoczyka na włosach Łukasiewicza. Miał je zresztą nieco za krótkie. Żałowała, że nie usiadła z jego drugiej strony – wtedy miałaby Czechy w zasięgu. Jego włosy były zdecydowanie lepsze do takich zabaw.
– Nie nazywaj Obwodu gówniarzem!
– Kiedy on jest gówniarzem! Szczylem! Kurduplem i tak dalej!
– To tylko dziecko!
– A co to jedno drugiemu niby wadzi!?
– Obra –
– Się, do cholery jasnej, zamknijcie, bo wszyscy przez was ogłuchniemy! – Przekrzyczał ich Serbia, a że układ sąsiednich budynków mu sprzyjał, to aż echo poszło. Ex Rzeczpospolita Obojga Narodów zamilkła. Po chwili w drzwiach pojawiła się głowa Litwy, ale szybko stamtąd zdezerterowała, bo Serbia zabijał wzrokiem. Kosowo demonstracyjnie zatkał uszy.
– Jak sobie chcecie pogadać, to kurna olek sobie stańcie obok siebie, a nie drzyjcie ryje.
– Dokładnie. – Czechy zasekundował Serbii, gdy minęła mu pierwsza faza ogłuszenia.
Laurinaitis ponownie pojawił się w drzwiach, chwilę obserwował Andrića i gdy uznał, że ciężkie działa zostały chwilowo schowane wystąpił przed próg.
– Łużyce chciałby chyba kontynuować – powiedział najbardziej niezobowiązującym tonem, na jaki go było akurat stać. Serbia równie niezobowiązująco prychnął, a Zachodni szybko się od niego odsunęli.
– Wracamy, cholera, ludziska!!!
Echo poniosło Serbski głos dostatecznie daleko, aby nie tylko Czarnogóra, Słowenia i Chorwacja, siedzące kilka metrów dalej go usłyszały, ale także aby rezydujący w cieniu sąsiedniego budynku Estonia i Łotwa wykazali jakieś zainteresowanie. Kobiety spojrzały po sobie. Słowenia wstała pierwsza, Czarnogóra ostatnia i z wyraźnym ociąganiem, bo w słoneczku było miło, a w „bunkrze” wręcz przeciwnie.
– Goran, stracisz głos, jak tak będziesz krzyczał. – Njegoš poklepała przyjacielsko swojego byłego małżonka i niejako wepchnęła go do budynku. Serbia prychnął i wbił dłonie w kieszenie spodni. Idąca za nimi Chorwacja parsknęła śmiechem się i rzuciła przez ramię ostatnie tęskne spojrzenie ku osłonecznionej ławeczce. Północne rubieże zmierzały ku wejściu w południowym tempie i nim w ogóle na salę dotarły wszyscy inni siedzieli już na swoich miejscach. Niemcy rzucił im oburzone spojrzenie, na które Estonia odpowiedział „no i?” przefiltrowanym przez szkła okularów. Ludwig przez moment miał dziwnie para austriackie skojarzenie, a Prusy wzdrygnął się przykładnie. Łużyce patrzył z lekką obawą na biało-niebiesko-czerwony rulonik w dłoniach Łotwy, który ani chybi był jego własnym krawatem w stanie niemalże absolutnego stłamszenia.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s