Wojenka – VIII

„Jaki był ten dzień, Co darował co wziął
Czy mnie wyniosł pod niebo, czy zrzucił na dno
Jaki był ten dzień, czy coś zmienił czy nie
Czy był tylko nadzieją na dobre i złe …”
„Jaki był ten dzień” Turbo


– Jak se takiego przydupa znalazłeś, to teraz ponoś tego konsekwencje – mruknął Josef, a Feliks spiorunował go spojrzeniem i zacisnął usta w cienką linię, choć to mogło być spowodowane równie dobrze bólem, a nie gniewem. Zdaniem Czech Litwa za bardzo się roztkliwiał nad tym śmierdzącym jajkiem, znaczy złamaną nogą. Zamiast raz dwa to nastawić, to się pierniczył i próbował zrobić to jakoś delikatnie. Nastawianie kości z zasady jest czymś, co boli i tyle. Nie da się tego obejść i lepiej to zrobić szybko, przynajmniej zaboli i potem będzie robiło się lepiej, a nie tak… W tym tempie to Litwa miał duże szanse wysłać Feliksa na tamten świat samym swoim próbowaniem. Ale na sugestie Josefa tylko fukał i w ogóle, jakby to Czechy koniecznie chciał wysłać Polskę do nieba. A Słowacja by mi nogi z dupy wyrwała już na pewno – pomyślał.
Taurys milczał wymownie, ale znowu czuł jak się coś w nim gotuje.
– To weź się kurwa nie mądrz i sam to zrób, albo się szukaj – prychnął Feliks.
– Sam się szukaj – prychnął Josef.
– Ta, najlepiej z tobą.
– Przestańcie – Taurys wtrącił się w tę rozwijającą się kłótnię.
Jeny, jak oni wszyscy byli zmęczeni, skoro nie umieli już nawet przez chwilę normalnie porozmawiać.
Dwie pary jasnozielonych oczu na moment zatrzymały się na nim i może powinien był coś jeszcze powiedzieć, ale tego nie zrobił. Milczał. Miał dosyć. Znowu miał tego wszystkiego dosyć!
– Ale Joszko ma rację – westchnął Feliks. – To trzeba raz dwa zrobić, nawet, jeśli będzie bolało jak diabli. Sam bym to zrobił, ale trochę nie miałem koncepcji jak… W głupim miejscu się złamała. Dajesz Joszko, przynajmniej od miesiąca chciałeś mi przywalić, to ulżyj sobie.
– Jesteś tego pewien?
– Nie no, żartuję sobie, wiesz? Posiedzę tu tak jeszcze trochę i niech mi się to tak zrośnie, będzie supcio. Weź mnie nie wkurzaj!
Taurys patrzył zaciskając mocno zęby, jak Czechy mamrocząc pod nosem coś o durnych debilach – jakby kto kiedy mądrego widział – przechodzi na ich stronę i przygląda się połamanej nodze.
– To na trzy – stwierdził.
– Yhym – Feliks mruknął mu w odpowiedzi i wsadził sobie w usta rulonik z bandaża, żeby ani zębów sobie nie połamać, ani języka nie przegryźć; tej radości byłoby mu już za wiele.
– Raz, dwa, trz…
Taurys odetchnął z ulgą. W sumie cieszył się, że to nie on musiał to zrobić. Z drugiej strony narastało w nim zdziwienie, bo kiedyś nastawianie połamanych kości było dla niego czymś normalniejszym… Tylko to kiedyś było kilka wieków temu, wtedy wszystko było inne. Sięgnął po bandaże, łupki oraz wodę i zabrał się za resztę pracy. Zawładnęła nim prosta mechanika ruchów. To obmyć i tyle, tu zabandażować… Rutyna uspokajała.

Zniknęła zdewastowana stodoła i trupy ludzkie. Zniknął lej i błoto. Zniknął świat ludzki, a od horyzontu po horyzont ciągnęła się jedynie gładka tafla wody, co jak lustro odbijała w sobie szare niebo. Chmury tu, chmury tam i nic więcej. Idealnie takie same, nie do odróżnienia. Dwa światy, prawdziwy i iluzji. Żywy i martwy. Ten rozszumiany wiatrem i ten absolutnie cichy. I jeszcze ten trzeci – ciemny. Ten, w którym raz po raz odzywały się echem usłyszane słowa.
zasadzka skontaktujemy cholera później cholera ilu zasadzka …
Tylko, co one znaczyły?
Zatarła się pamięć, wyschły oczy ślepe, zaschło w gardle niemym. Skąd się brały te słowa, dźwięczące w pustce niepamięci. Do kogo należały? Do niego? Ale kim był on… on sam? Czym był on sam, skoro na żadnym niebie nie było go widać?
Chwilami obraz się wypaczał. Nieba rzucały w siebie obrazami. Jedno wypluwało z siebie domy kolorowe, powyginane, połamane, spaczone niepamięcią. Drugie, jakby chcąc się w ten sposób obronić, pluło ku pierwszemu gór widokiem. Tu człowiek owinięty wokół latarni nienaturalnie olbrzymiej, tam książki lecące z półki zamrożone w czasie. Tam kwiatek przerośnięty wyrastający z powidoku ludzkiej głowy. Obraz na obraz nałożony i zgubiona skala, a oczu przed tym szaleństwem zamknąć nie sposób, bo to nie oczy patrzą. Słowa wypisane dymem w powietrzu. Cytaty z książek już przeczytanych, obietnice, ogłoszenia zupełnie bez sensu, fragmenty piosenek… sens, sens, sens… sensu nie ma.

– Przyjechaliśmy tam tuż przed świtem i już nawet nie było czego gasić. Nie wiem, czemu ktoś przeprowadził tam nalot, bo tam nic nie było. To nie mogło być z naszego powodu, bo to by się zupełnie nie bilansowało. Mogli zastawić dowolną inną pułapkę i by ich to mniej kosztowało niż taki nalot –
– Może im się popierdoliło – Feliks wszedł Taurysowi w słowo. – Znaczy się, może tam gdzieś niedaleko było coś ważniejszego i w tamto mieli walnąć, a im się omsknęło.
– Tam nie ma nic. To dostatecznie blisko mojej granicy, abym mógł to stwierdzić niemal z całą pewnością.
– Niemal – Feliks westchnął z emfazą.
Josef zastanawiał się, czy jego brat w końcu przestanie wchodzić w Litwie w słowo, czy też nie i ta krótka historia nie zostanie opowiedziana przed Ventspils.
– Nieważne. – Taurys potrząsnął głową i trudno było oprzeć się wrażeniu, że to „niemal” i jego zaczęło denerwować. – Dotarliśmy tam i tyle. Ja i Erszébet. Nie wiem, czy to dobrze, że było jeszcze ciemno, czy nie. Widok w świetle reflektorów mi wystarczył, ale może za jasności jakoś mniej makabrycznie by to wyglądało. Ile i czego tam zrzucili, to nie wiem. Na ulicy leżało mnóstwo trupów. Ludzie chyba chcieli uciekać, ale wystarczyło, aby coś trafiło w drewniany budynek. Jeny. Tych tam było pod dostatkiem. Latające kawałki desek siały chyba większe zniszczenie niż pociski – Taurys opowiadał, mówiąc cicho, tak, że chwilami trudno było w ogóle go usłyszeć na pace roztrzęsionej ciężarówki. Między kolejnymi zdaniami robił przerwy długie na kilka oddechów; miał tamten przedświt przed oczami, choć wolałby zapomnieć. – Nie muszę wam chyba opisywać, jak wyglądają ludzkie szczątki rozrzucone na gruzowisku drewnianych i murowanych domków, na płotach, zwalonych słupach średniego nap –
– Nie musisz! – Feliks gwałtownie przerwał mu ten potok słów. – Nie musisz, Licia – powtórzył spokojniej. – Chodzi nam tylko o Raivisa.
– Raivis. Był tam. Po prostu był. Gdy tam przyjechaliśmy siedział na krawężniku przy zabytkowej pompie na placu. To było chore. Wyglądało tak, jakby siedział tam cały czas i jakimś cudem wszystkie te szczątki go ominęły. Pewnikiem w czasie nalotu go tam nie było. Nie mogło być, bo to by było zbyt nieprawdopodobne. Takie rzeczy zdarzają się tobie, Feliks, nie jemu. Nie mogło go tam być. Musiał tam trafić później, ale nie mam pojęcia jak. Od kiedy go spotkaliśmy, był taki, jak teraz. Po prostu był i tyle. Chwilami mam wrażenie, że go tak naprawdę nie ma. Że to, co zostało, to skorupa, którą należałoby dobić i –
Taurys zamilkł w chwili, gdy łokieć Feliksa zderzył się z okolicą jego żeber. To oznaczało koniec tematu, a przynajmniej tej jego kwestii. Polski optymizm – Josef miał ochotę prychnąć, choć sam przed sobą przyznać musiał, że gdyby dało się ten optymizm łykać w postaci pigułek, to teraz sam by łyknął kilka. Miała być prosta sprawa, a tu jeden połamaniec, jedno warzywo i dwa domniemane trupy. Tak parszywego bilansu chyba nie mieli nigdy. Cieszył się, że po długiej batalii słownej zmusił Słowację do pozostania w Bratysławie.

Przed wjazdem do miasta Erzsébet i Taurys zamienili się miejscami. On lepiej wiedział, jak jechać, choć tak naprawdę najlepiej wiedział Raivis, ale jakie to miało teraz znaczenie? Liczyło się tylko to, że dotarli na miejsce. Że muszą przeczekać tu jedynie do kolejnej nocy i tyle. I odpłyną na południe, do Kłajpedy, Gdańska i tak dalej. Wojna się może jeszcze nie skończy, ale miał wrażenie, że jeśli będzie daleko stąd, to odetchnie, choć odrobinę.
Bramę otworzył im młody Łotysz, a jego kolega na oko w podobnym wieku obserwował ich spode łba, stojąc kilka metrów dalej. Zmatowiała przez lata przesłona najbliższej latarni sprawiała, że szarzejący dzień nabierał w tym miejscu chorobliwego żółtego kolorytu, a cienie skakały to w lewo, to w prawo, jak kto się akurat przesunął. Chłopak rozmawiał z Taurysem półsłówkami, czasami wyrzucanymi tak szybko i tak nagle, że Laurinaitis z trudem był w stanie się domyślić, o co chodzi. Miał wrażenie, że nawet Raivis miałby problemy.
Gdy rozmawiali między sobą mówili jeszcze szybciej, jakby tak chcieli sobie zagwarantować zachowanie nie wiadomo jakiej tajemnicy. Było w tym coś śmiesznego, ale się nie roześmiał.
– Pokażę wam, gdzie możecie przenocować – chłopak wyrzucił z siebie i zamilkł.
W milczeniu przeprowadził ich przez nieoświetlony ośrodek do kilku domków i powiedział, że tu mogą zostać. Pod sklepieniem z drzew wszystko tonęło tu w szarościach i tylko w oddali, tam, gdzie było morze, czaiło się światło.
Chłopak wyglądał na nie więcej jak szesnaście lat, ale zachowywał się, jakby był o wiele starszy. O nic ich nie pytał, sam też nie mówił więcej, jak w prawo, lewo i tak dalej. Taurys obserwował go kątem oka i miał wrażenie, że w zniechęceniu by się może z nim dogadał…
Ale teraz trzeba było spać. Odespać na ile się mogło dać, bo pozostało już jedynie czekanie. Małe drewniane domki stały w pobliżu plaży. Każdy postawiono na kwadratowym fundamencie, a jego wnętrze składało się z pokoju i kuchni, ponieważ ta druga była krótsza od pokoju, powstawało coś w rodzaju małego ganeczku, gdzie można było zmieścić dwa krzesła i zatarasować w ten sposób przejście. Ewentualne naczynia należało stawiać na balustradzie. Nawet w latach swojej świetności nie były te domki szczytem luksusów, a teraz niektóre w ogóle groziły zawaleniem się na człowieka. Lepiej było spać na zewnątrz, albo nie spać wcale. Mocne postanowienie odespania przegrywało z niepokojem. Z rwącym strumieniem myśli, które rozpędzały sen, Taurys nie mógł się nawet zmusić do położenia na posłaniu ze starego materaca i kilku koców. Coś w nim ciągle zmuszało go do jakiegoś ruchu, zupełnie inaczej niż przez ostatnie dni. W końcu się temu poddał i poszedł nad morze.
Olena leżała na wyciągniętym z domku materacu i patrzyła na prześwitujące pomiędzy drzewami niebo. Na ciemniejącym błękicie widać było już kilka gwiazd, ale nie umiała ich nazwać. Były zbyt wyrwane z kontekstu, aby mogła to zrobić. Może u siebie, może tam by potrafiła… W tym okresie nad sadem po zachodzie słońca zawsze wisiał Lew, a nad wzgórzem widać było kawałek Oriona. Czasami spędzała długie godziny siedząc w starym wiklinowym fotelu na ganku, patrząc jak wspina się coraz wyżej i wyżej. W chłodne wieczory przynosiła ze sobą koc i duży kubek gorącego kakao, i była szczęśliwa.
Zamknęła oczy, aby nie pozwolić łzom uciec. Była dużym krajem, a czuła się taka bezsilna. Chciała móc w końcu coś zrobić, coś konkretnego, zdecydowanego, a nie patrzyć jak jej ludzie miotają się od jednej opcji do drugiej i z powrotem. Od sprzymierzania z jednymi, po sprzymierzanie z drugimi. Chwilami miała wrażenie, że się w tym wszystkim zatraca, że znika rozpuszczona pomiędzy jednymi, a drugimi. Wtedy siadała na ganku lub wręcz przeciwnie, wychodziła z domu i szła do miasta popatrzeć na znajome kamienice, przejść się znajomymi ulicami, które były jej i nikogo innego. Ale teraz była daleko od Lwowa, daleko od Kijowa, daleko od domu. Gdzieś na Łotwie i tyle. I nie mogła nic poradzić na to, co się wokół niej działo. Taurys pobił się z Josefem, Feliks wysadził most i się znalazł, Erzsébet potrafiła ich wszystkich uspokoić, a ona… Byli już u celu, a dla niej tak naprawdę nic się nie zmieniło.
Olena wzięła głęboki oddech i otworzyła oczy. Nad głową wciąż miała te same gwiazdy. Koło niej spał Raivis – Erzsébet nie pozwoliła Taurysowi go zabrać i Olena była jej za to znowu wdzięczna. Dzięki temu czuła, że nie jest dla nich całkowicie bezużyteczna.

Jānis przyszedł do nich zgodnie z zapowiedzią, a co więcej nie przyszedł z pustymi rękoma. Widać po nim było, że jakieś nowe towarzystwo było mu potrzebne. Tłumaczył, że to nie dlatego, że jego codzienne było jakieś gorsze. Po prostu, gdy widujesz się z kimś dzień w dzień, to staje się monotonne. Zwłaszcza, gdy wszystko kręci się wokół wojny. Siedzą w tym ośrodku dbając, aby nikt tu nie wlazł, wykorzystują jakiś nie do końca zrozumiały status quo na podstawie którego żadna ze stron nigdy nie zdecydowała się tu wtargnąć i tyle.
– Ością w gardle musimy być wszystkim tym tam, ale nie wejdą tu, bo i jedni i drudzy starają się udawać wybawicieli. Przecież oni nas bronią przed tymi drugimi – zakpił przegryzając kawałek kiełbasy chlebem. – Kto tu wejdzie pierwszy jawnie nazwie się agresorem – zarechotał. – Cywilizowane wojny. Poza większymi miastami leją się, jak popadnie pod byle pretekstem, ale w miasta uderzać się boją, więc gadają. Czasami zrobią jakąś prowokację, to im tę prowokację sprowokujemy jeszcze bardziej. Gdzie te czasy, gdzie nikt się takimi rzeczami nie przejmował? Weszliby od morza i lądu, i zajęli wszystko, a nie tylko główny port na pół gwizdka. Cywilizowana wojna, to nawet brzmi jak jakiś oksymoron.
– Te czasy są już dawno za nami, Jānis – odparł Eduard.
Mężczyzna skrzywił się i zerknął na niego, po czym roześmiał ponownie. On wiedział.
– Tak. I nie powiecie mi, że wtedy to nie było łatwiejsze. Logiczniejsze. Prostsze.
Von Bock skupił się na znalezieniu sobie wygodniejszej pozycji na wytarganych przed domek materacach. Ani siedzieć, ani leżeć, a latać nie potrafił. Timo patrzył natomiast w płomień ogniska, a myśli błądziły mu po tych niecywilizowanych wojnach i przyznać musiał, że tak – były prostsze. Niby więcej było intryg, ale mimo wszystko, jakoś to bardziej klarowne było. Ktoś podbijał go, on się bronił, wygrywał lub nie, jeśli nie, to potem trzeba było dalej jakoś walczyć, a potem przychodził ktoś trzeci do rozgrywki. I wszyscy wiedzieli, że głównie chodzi o ziemie, a ideologia idzie przy okazji. No może poza wyprawami krzyżowymi i takimi tam, chociaż w sumie tam też. Tylko pretekst był jakiś głębszy i wyrzuty sumienia mniejsze.
– Było inne – odpowiedział Timo. – I było jedyne, jakie mogło być, bo „cywilizowana wojna” jako pojęcie nie istniała, więc… – zamyślił się. – Była wojna lub pokój, lub traktaty utrzymujące dziwny status quo, ale to po prostu było inne. I nie można było komuś zagrozić z odległości tysięcy kilometrów.
– Teraz można, a i tak wszyscy się boją – skwitował Jānis. – I dobrze, że się boją. To jest coś, czego należy się bać.
– Żeby tylko ktoś się nie poczuł za odważny.
– Tak. – Mężczyzna zgodził się z Timo i westchnął ciężko.
Zmęczyła Jānisa ta wojna. Nie wyobrażał sobie jak możne przeżyć nie jedną, nie dwie, ale dziesiątki wojen i wojenek, i pozostać przy zmysłach, a zarazem pamiętać te wszystkie bitwy. Zapomnienie było remedium na wiele chorób, ale ani Eduard, ani Timo nie wydawali się nie pamiętać. Trochę kusiło go, aby ich zapytać o to, jak było kiedyś. Tak naprawdę. Skąd dokładnie przywędrowali do Europy, czy to pamiętają. Czy Węgry znali już wtedy? Dlaczego zostali tam, gdzie zostali? Co wydarzyło się…
Uśmiechnął się pod nosem. I tak wiedział, że nie zapyta. Nie wprost. Nikt nigdy na przestrzeni wieków nie odważył się zapytać, a przynajmniej on takiego przypadku nie znał. Spojrzał na nich. Timo – Finlandia – patrzył w płomień ogniska. Kolana podciągnął pod brodę i objął je rękoma. Tak skulony siedział i widać było, że odpłynął myślami gdzieś daleko. Może akurat do czasów, które Jānisa ciekawiły? A może do wydarzeń, o których on ani nikt inny nie miał w ogóle pojęcia, że miały miejsce? Eduard – Estonia – z kolei w końcu znalazł sobie taką pozycję, że nic go w niej nie bolało jakoś wybitnie i zastygł tak zapatrzony w stronę, gdzie było morze. Nie było go stąd widać, ale nawet pomimo trzasku płomieni chwilami mogli je usłyszeć. To była dobra noc. Trochę chłodna, ale za to powietrze było rześkie i przejrzyste. W takie noce najlepiej biwakowało się gdzieś za miastem, pod namiotem, śpiewając piosenki przy ognisku… I komu to przeszkadzało?
– Można by teraz zapomnieć o tym, że wojna w ogóle gdzieś tam się toczy. Gdzieś daleko, choć ciągle u nas.
– Kto może ten może.
Timo roześmiał się cicho z komentarza Eduarda.
– Narwa? – Zapytał, niby zgadując, ale w sumie wiedział.
Nim jeszcze w ogóle przekroczyli granicę wokół Narwy zaczynało się robić nieprzyjemnie. Konflikt tam był kwestią czasu, nawet, jeśli polityka władz miasta była zachowawcza… Słowiańsko zachowawcza, bo Narwa od lat była bardziej rosyjsko-estońska niż estońsko-rosyjska.
– Yhym. Paskudny nerwoból. Mam nadzieję, że miasto na tym nie ucierpi za bardzo nawet, jeśli je stracę, w sumie stracone to ono już było od dawna. Ale je lubię.
– Eduard! – Timo prychnął wyraźnie tym stwierdzeniem rozzłoszczony. – To twoje miasto.
– I ponad dziewięćdziesiąt procent Rosjan w nim od lat. Na razie coś się tam dzieje. Wcale nie twierdzę, że muszę Narwę stracić, w końcu gdyby tak miało być, to stałoby się to już na początku tej wojny, a jednak nie. Prorosyjska Narwa cały czas była jednak po stronie racji z Tallinna i Tartu, więc jestem dobrej myśli. Chcę tam pojechać w najbliższym czasie.
Jānis przysłuchiwał się temu, próbując dopowiedzieć sobie to, czego oni nie tłumaczyli, bo dla nich to było oczywiste. Siedział tu z nimi, niczym z najzwyklejszymi ludźmi, ale miał wrażenie, że przepaść miedzy nimi jest większa niż zakładał wcześniej.
– A ja bym się wybrał między jeziora.
– Do Karelii?
– O, to też. Spotkać się, pochodzić po górach. Lato idzie. Tęskni mi się za leniwym latem. Pokojowym.
– Może już to…
– A może kolejne… Ech, nadzieja.
– Nadzieja sprzyja głupcom i pijakom.
Timo parsknął śmiechem i sięgnął po stojące na ziemi szklanki i butelkę. Nalał do każdej z nich i rozdzielił między obecnych.
– Za pokój? – Ni to naprawdę zapytał, ni to stwierdził.
Jānis uśmiechnął się i podniósł wyżej swoją szklankę. Podobał mu się ten toast wygłoszony przez kogoś takiego.
Terviseks…[1] – Eduard przyłączył się; wypili.
– Eduard, zaśpiewaj coś.
Mężczyzna wpierw spojrzał na Finlandię, potem na Estonię. Myśl o biwakach wróciła niezapraszana.
– Zmęczony jestem, żadnego tekstu nie pamiętam w całości.
– To w kawałku, jak będę znał, to ci pomogę.
Czy naprawdę gdzieś tam była wojna? Oni twierdzili, że tak, ale…?
– Kolm õde mere palged ees, neid uinutas lainete laul;
Kolm rahvast siin sajandeid heideldes tõid ohvriks muistse au;
Kui tornides juba lööb kella hääl, merd haarab vabaduspüüd;
Et saatust ja elu kaitseda, kolm õde virguvad nüüd…[2]

– To nie tak się zaczynało.
– Nie. Ale zwrotki Raivisa i Taurysa pamiętam słabo, mogę poprzeinaczać słowa i jeszcze nieświadomie komuś nawymyślać.
Jānis roześmiał się i zapewnił – Nie będę się czepiał, choć jestem łotewskim belfrem.
Eduard wziął głęboki wdech, a przynajmniej tak głęboki, na ile mógł sobie pozwolić, i sięgnął w głąb pamięci ku dawno niesłyszanym słowom teraz już starej piosenki. Bo kiedy to było? W 1989… w sierpniu. Uśmiechnął się i pozwolił się piosence śpiewać.
Trīs māsas jūras malā stāv, Tās nespēks un nogurums māc.[3]

————————

[1] est. Na zdrowie
[2] est.
„Trzy siostry zwrócone ku morzu, uśpione jego śpiewem;
Trzy narody, walczące tu od wieków, ofiary dawnej chwały;
Kiedy dzwon dzwoni na wieży, morze pochwyci pragnienie wolności;
Aby chronić przeznaczenie i życie, Trzy siostry budzą się.”
„Ärgake Baltimaad” Viktors Zemgals, Ţilvins Bubçlis, Tarmo Pirlaps
[3] łot.
„Trzy siostry stoją na brzegu morza, są osłabione i zmęczone.”
„Atmostas Baltija” Viktors Zemgals, Ţilvins Bubçlis, Tarmo Pirlaps

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s