Wojenka – VII

„Nie poddaj się, bierz życie jakim jest
I pomyśl, że na drugie nie masz szans

Odetchnij więc, zastanów się
Znajdź jego sens, bierz życie takim jakie jest
I ciągle szarp, i zmieniaj je
Przed siebie idź, bierz życie takim jakie jest
I zmieniaj je, i ciągle walcz, przed siebie idź”
Myslovitz „Acidland”


Obudziło go wrażenie, że coś jest nie tak. Coś się zmieniło w stosunku do stanu poprzedniego i organizm poczuł za uzasadnione poinformować o tym świadomość. Zmianę określić nie było trudno. Traktor nie podskakiwał, a skrawek pola, który widział ze swojego miejsca, tkwił w miejscu i za nic nie chciał się ruszyć. Nawet warkot silnika zniknął. Zamiast niego, gdzieś z pewnej odległości, dawał się słyszeć jakiś inny silnik i z trudem przebijające się ponad niego odgłosy rozmowy. Spróbował coś z niej zrozumieć i miał nadzieję, że traktor nie postanowił się na przykład zepsuć. Wobec całego fartu, jaki ostatnio miał, byłoby to całkiem niezłym wyrównaniem szali. Tylko że jemu nijak to nie odpowiadało, a i zasadę „ile szczęścia tyle pecha” miał za zwykłe gadanie i nie brał jej sobie do serca.
Przeciągnął się na tyle, na ile pozwalało mu własne nieposkładanie i wyjrzał na drogę poprzez szczeliny w drewnianym podwyższeniu ścianek przyczepy. Wyjrzał, skrzywił się, zamrugał i zwątpił. Zwątpił szczerze, bo wszystko zwykło mieć jakieś granice – co do tego się zgadzał. Usiadł z powrotem na beli siana i wsłuchał się w prowadzoną kawałek dalej rozmowę. Języka nie rozumiał, ale melodię kojarzył. Chwilami była nieco inna, nie taka do jakiej przywykł, ale chwilami wręcz idealnie taka, jak ta co przez wieki zdążyła mu się wryć w pamięć. Absolutnie nie do zapomnienia po wiekach Unii.
– Taurys! – wrzasnął.
Na tyle szybko, na ile był w stanie zszedł z przyczepy na ziemię. Omal się przy tym z nią bliżej nie zaprzyjaźnił, z trudem ratując się kilkoma podskokami i chwyceniem się wystającego elementu wehikułu. Skutek jednak osiągnął zamierzony, bo wszystkie głowy obróciły się w jego stronę.
– Feliks…?
Laurinaitis przemógł oniemienie jako pierwszy, choć przyszło mu to z trudem. Wyjechali z lasu chwilę wcześniej. Z prawej pole. Z lewej pole. Z przodu pole, a z tyłu las, co się noc całą nie chciał skończyć. Niby wiedzieli, gdzie jadą, jaki jest cel, ale po wydostaniu się na otwartą przestrzeń, ogarnęło ich zagubienie. Niby na zachód, ale ile jeszcze? Dlatego traktor powitali z pewną radością. Traktor – człowiek – informacja. Gdyby nie bariera językowa, to w ogóle by z auta nie wysiadł, ale nie było wyboru. Ze starym Łotyszem tylko on miał szansę się dogadać… No i Raivis. Ale to akurat… A teraz… Świat po raz kolejny robił fikołka. To było męczące. Wytrącało z ledwie zdobytej równowagi, nawet jeśli ten fikołek wcale nie kończył się połamaniem karku, a zgrabnym wstaniem na nogi. Był zmianą na dobre…
– Noż kurna olek! W cuda uwierzę!
– Feliks…
Umysł usilnie bronił się przed zaakceptowaniem tego, co podsuwały oczy. Omam. Majak zbiorowy, bo co innego?! Przecież Feliks zginął.
Chyba że… Cuda, cuda, polskie cuda, ale wszystko przecież miało swoje granice! Zaakceptowali to, a przynajmniej spróbowali zaakceptować to, że i polski fart się kiedyś kończy. Prędzej czy później, brutalna rzeczywistość w końcu przeważa i tyle, a tu tymczasem co? Znowu na opak, na przekór wszystkim, na złość… Nie na złość – zaprzeczył szybko tej myśli. Nie był zły. Dlaczego miałby być? Może, gdyby dłużej łudził się, że i tym razem polski cud się ziści, to jeszcze mógłby być zły za te niepewne godziny, ale przecież wmówił sobie ten koniec szybko i skutecznie. Więc tak o – na przekór wszystkim. – Feliks…
– No ja, o ile mi wiadomo, chociaż nie miałem okazji się ostatnio oglądać, to może mnie podmienili. A w ogóle pewnie wyglądam, jakby mnie z rynsztoka wyciągnęli – Łukasiewicz mówił i kuśtykał w ich stronę. Taurys całkowicie zgadzał się z ostatnim stwierdzeniem, bo i trudno było się nie zgodzić. – Co zresztą bardzo się z prawdą nie mija, bo blisko temu było warunkami do rynsztoka. Zresztą… Nieważne. Lepiej mi powiedzcie, co wy tu robicie? Ja totalnie straciłem rachubę czasu, ale mi się coś wydaje, że wy już powinniście być co najmniej nad morzem.
Josefa ruszyło z miejsca jako pierwszego. Słowa zbierał przez całe paplanie Feliksa, bo to była paplanina – nic innego. Bezsensowna i nic go nie interesująca. Taurysa wmurowało i tylko powtarzał jedno słowo niczym zacięta płyta. Olena płakała, a Erzsébet uśmiechała się, ale i jej zaszkliły się oczy. Josef za to miał mieszane uczucia. Uderzyć Feliksa, tak za wszystko zusammen, czy lepiej nie bić, bo przypadkiem wykończy i potem ci tu jego wykończą jego? Zważywszy na to, jak Feliks szedł i wyglądał, była to opcja nader możliwa. Jedna rzecz powiedzieć Michaeli, że Feliks zabił się sam, a inna, że to on go dobił.
– Joszko?
Feliks spoglądał na niego z dołu. Zważywszy, że stali obok siebie, nie było to niczym nadzwyczajnym. Patrzył i uśmiechał się po swojemu.
– Debil.
– Hę? – Feliks zdziwił się szczerze i chciał się odsunąć na pół kroku, ale usztywniona dwoma deskami noga nie zapewniła mu dostatecznego oparcia. Podskoczył na drugiej i z trudem odzyskał równowagę.
– Debil – powtórzył Josef i prychnął.
– Ej!!!
– Może raczej ja powinienem to powiedzieć. I jeszcze się po twojemu naburmuszyć.
– No o co ci chodzi?!
– Zgadnij… – jęknął.
Feliks wyraźnie się zamyślił i Josef uznał, że to nie ma sensu. Ani stanie Łukasiewicza na tej ewidentnie połamanej nodze, ani ich stanie tutaj w ogóle, kiedy im się spieszy. A skoro tak, to trzeba było działać, a nie czekać na cud zrozumienia ze strony jego brata. Widocznie limit na cuda się wyczerpał na jego ocaleniu i Josef nie zamierzał na to narzekać. Nie.

Erzsébet uśmiechnęła się. Świat fiknął kozła i wylądował całkiem zgrabnie na nogach, a nie jak poprzednio plackiem na brzuchu. Feliks żył. Patrząc na Taurysa, widziała, że i on czuje się lepiej, choć główny powód jego zgryzoty nadal pozostawał nieczuły na świat. Ale może teraz – łudziła samą siebie. Może teraz będzie lepiej, wszak na to liczyła od początku. Początku, który wydawał się teraz tak diabelnie odległy.

Finalnie złapali autobus jadący w pobliże morza. Próba dojścia tam była szaleństwem. Pojazd najlepsze dni miał już za sobą, ale jechał i nikt nie wydawał się być specjalnie przejęty jego stanem, więc i oni spróbowali zaakceptować ten fakt. W myślach Timo pojawiła się na moment pełna zdegustowania twarz Szwecji. Tak wyglądałby Bernhard, jakby toto zobaczył – na pewno. Uśmiechnął się sam do siebie. Już niedługo, niedługo – zapewniał się w podświadomości. – Już niedługo będę daleko stąd i choć na chwilę będzie dobrze.
Nie trzeba było się w ogóle mieszać – zaraz odezwał się drugi głos. Ten ciągle zdenerwowany, czasem wręcz rozhisteryzowany. – Nie trzeba było się mieszać i wtedy też miałbyś spokój.
Uciszył go. I tak sam ponosił niewielkie straty, bo tak daleka północ, jako taka, nikomu nie była po drodze. Poza tym, coś kiedyś sobie obiecał, niby tak pod wpływem emocji i w ogóle, ale teraz nie chciał się z tego ot tak wycofać. Skoro mógł pomóc, to chciał to zrobić.
Koło niego Eduard westchnął i oparł głowę o brudną szybę.
Coś w Timo zadrżało. Jak mógłby się odciąć i nie pomagać w ogóle? Wtedy Eduard prawdopodobnie zostałby tam w lesie, prawda? Nie brał pod uwagę, że całej tej akcji mogłoby wówczas nie być. To byłaby już zbytnia gdybologia. Tu i teraz, w świetle jego własnej wiedzy, Eduard zostałby wtedy w lesie i…
– Timo?
– Hę?
– Spać mi się chce.
– Jeszcze trochę.
– I kolejne trochę, i jeszcze jedno. Zmęczony tym jestem.
Timo poszukał dłoni Eduarda i chwycił ją mocno, zdając się na gest, bo odpowiednich słów na tę chwilę nie znał. Chciał powiedzieć, że niedługo się ta kołomyja skończy, ale obaj dobrze wiedzieli, że nic nie jest przesądzone. Że niedługo może oznaczać zarówno pół roku, jak i dwa. A oni chcieliby już teraz, za dzień, a najdalej trzy, skoro nie dało się cofnąć czasu i w ogóle nie dopuścić do tej wojny.

Erzsébet przed samą sobą musiała przyznać, że wcale nie była taka pewna swojej decyzji, gdy kazała Josefowi, Taurysowi i Feliksowi zająć miejsce na pace furgonetki. Znaczy, co do Feliksa nie było wątpliwości, pchanie go do ciasnego wnętrza byłoby czystym sadyzmem. Jednak o tym, czy należało z nim wysyłać zarówno Czechy, jak i Litwę, nie była już taka przekonana. Miała nadzieję, że stan Feliksa i w ogóle sama jego osoba sprawi, że tamtych dwóch nie skoczy sobie do gardeł. Taurys sprawiał wrażenie, jakby po poprzedniej kłótni i pojawieniu się Feliksa część stresu z niego zeszła i nie miał zamiaru wybuchnąć ponownieNawet nie protestował, gdy zarządziła, że Raivis zostaje z Oleną… Jeny – jęknęła w myślach. Miałam tu tylko kilka rzeczy załatwić i mogłam to zrobić sama. Dołączyłam do reszty, bo się stęskniłam, nic więcej, a tymczasem zmieniłam się w lidera tej akcji. Dziwnie się ułożyło…
– Nie powinieneś był się w ogóle ruszać z tą nogą w takim stanie.
Reprymenda w głosie Laurinatisa była wyraźnie słyszalna, pomimo warkotu silnika, trzaskania balustrad i szumu wiatru. Feliks skrzywił się brzydko i prychnął.
– Wiesz, ile z tego mogło złego wyniknąć?
Josef usiadł po przekątnej całej przestrzeni ładownej i patrzył. Feliks wyglądał na zmęczonego, a pewnikiem był to jedynie ułamek całego ogromu zmęczenia jaki w nim siedział. Ale z nim to już tak było. Jakieś ADHD w tym względzie. A skoro zmęczenie aż tak przebijało, to wątpliwej miary Polska cierpliwość też musiała na tym podupaść. Krzywił się i strzelał spojrzeniem na boki przez cały czas, jaki zajęło Litwie wyswobodzenie jego nogi z prowizorycznych łupków i strzępów ubrania.
– Tak, pewnie!
I stało się. Nie miał widać Litwa szczęścia – przeszło Josefowi przez myśl. Najpierw on, a teraz Feliks krzyczał na Taurysa. Brakowało jeszcze, aby zrobiła to Słowacja i byliby wszyscy Zachodni. Ale ona była daleko. Podobnie Łużyce.
– Miałem tam siedzieć i czekać aż mnie zgarną i tyle?! No super plan! Równie dobrze mogłem w takim razie odwalić jakieś totalne kamikaze i bye bye! Niedoczekanie!
Czechy zaśmiał się pod nosem. Jakby akcja Feliksa nie miała w sobie posmaku szaleństwa pilotów samobójców…
– Nie to miałem na myśli – bronił się Litwa.
– To ci tak wyszło!
– Nadinterpretujesz.
– Ta pew… Au! Cholera! – końcówkę wysyczał przez zaciśnięte zęby.
– Nie ruszaj się.
– Jakbyś nie zauważył, to cała furgonetka telepie się jak jakiś cholerny ping pong, więc generalnie to się nie da…
– Ale nie musisz tego pogarszać…
Josef przestał słuchać, a mina Feliksa świadczyła o tym, że i on znalazł na chwilę inne zajęcie dla swojej uwagi.

Autobus wywiózł ich na skraj miasta, skąd do zamkniętego ośrodka wczasowego było zaledwie kilka kroków. Wysiadali jako ostatni pasażerowie i kierowca uśmiechał się jakoś tak smutno patrząc, jak Timo pomaga zejść Eduardowi z wysokiego stopnia na zapadnięty chodnik. Chwilę później autobusu nie było. Ośrodek otoczony był płotem z malowanej na zielono siatki, ale spora część farby już zeszła. Na szczycie ktoś zainstalował zabezpieczenie z drutu kolczastego. Brama wjazdowa prezentowała się okazale, ciężka, zrobiona ze stalowych prętów – nie pasowała i pewnie dodano ją później. Przy niej, w cieniu drzewa i starej wiaty przystankowej, leżał mężczyzna. Na ich widok poruszył się i wymruczał coś do krótkofalówki. Wstał dopiero, gdy byli tuż przy ogrodzeniu.
– Czego? – zapytał znudzonym głosem.
– Chcemy wejść – odpowiedział Eduard.
– Wszyscy czegoś chcą, ja baby, a mój kolega francuskiego wina. – Wskazał na drugiego mężczyznę, do tej pory skrytego w małym baraczku kilkanaście metrów dalej. – Ośrodek nieczynny do odwołania.

Timo miał znowu to nieprzyjemne uczucie zagubienia, bo nie rozumiał, o czym mówią. Mógł tylko robić dobrą minę, do złej gry. Miał nadzieję, że to już ostatni raz. Cudem dotarli tu na czas, choć jemu samemu trudno było w to uwierzyć. Miał wrażenie, jakby od tamtej pułapki minęły długie tygodnie, tymczasem to było zaledwie kilka dni. Stres i zmęczenie okazały się ponownie bardzo ważnymi zmiennymi w równaniu czasu.
– W tym roku proponuje się raczej turystykę pozagrobową, one way to hell i back, jeśli wierzycie w reinkarnację.
Drugi Łotysz zaśmiał się z żartu kolegi, a Eduard jedynie uśmiechnął się pod nosem niepewny, czy to w ogóle było dla niego zabawne.
– Więc do widzenia – skończył pierwszy i machnął im, aby sobie poszli. – Nu, ni ma was. Ten autobus się zaraz zawinie i was zabierze. Ech, wy młodzi, wojenka a wy sobie wakacje robicie, z plecakami w świat i jakiś tam survival.
Estonia kłóciłby się z tym „jakiś tam”, ale nie było sensu tracić na to energii. Dzień wcześniej może by nawet nie musiał nic mówić – ich wygląd mówiłby sam za siebie, ale wieczorem mieli szansę doprowadzić się nieco do porządku i dobrze, bo prosto z lasu, ubrudzeni i w poprzecieranych lub wręcz podartych ciuchach nie mogliby się swobodnie po Ventspils poruszać.
Tak, z plecakami mogli teraz wyglądać cokolwiek turystycznie.
– Nu, nie rozumiecie? Papa.
– Zostaw ich, Aigars, oni do mnie.
Od strony bloczku z dużym napisem REĢISTRĀCIJAS VIETA nad drzwiami szedł starszy mężczyzna i uśmiechał się. Ten nazwany Aigarsem spojrzał na niego, potem na dwóch wyrostków po drugiej stronie bramy i wzruszył ramionami. Jak Jānis mówił, że ktoś do niego, to widać tak było i nie miał powodów, aby się kłócić. Mógł mieć, co najwyżej, wątpliwości, po co mu takie chłopaczki, ale to z pewnością nie był jego biznes.
– Jak tam chcesz – stwierdził i zabrał się za zdejmowanie ciężkiego skobla zabezpieczonego dużą kłódką.
– Tak chcę. – Nowoprzybyły potwierdził i uśmiechnął się. – Tere hommikust, Eduard – dodał, zwracając się już do Estonii. – Kuidas läheb?
Tänan küsimast. Nüüd on hästi. Aga sinul?
Mina ka – odpowiedział i zamilkł czekając, aż jego kolega w końcu upora się z bramą.
Zawiasy na chwilę zaskrzypiały przeraźliwie. Aigars uchylił bramę na tyle, aby mogli przejść i zachęcił ich do tego szczerząc się i machając ręką w odwrotnym geście niż jeszcze chwilę wcześniej.
Tymczasem Timo przysłuchiwał się rozmowie Eduarda z nielichym zaskoczeniem. Nie spodziewał się tak daleko na południe usłyszeć estońskiego, zwłaszcza z ust kogoś, kto zdawał nazywać się po łotewsku, więc był zapewne Łotyszem. O nic jednak nie zapytał. Pozwolił się zaprowadzić do budynku i dalej do małego pokoiku na jego tyłach.
Usiedli przy stole zawalonym dokumentami. Cała masa makulatury zalegała tu w segregatorach i poza nimi, ale miało się wrażenie, że w tym chaosie czai się jakiś ład.
Hyvää huomenta.
Timo omal nie podskoczył, słysząc nagle fiński. Eduard roześmiał się, a ich gospodarz jedynie dobrotliwie uśmiechnął.
– Byłem profesorem na filologii ugrofińskiej, zanim zaczął się ten młyn – wyjaśnił. – Stęskniłem się już nieco za praktycznym wykorzystywaniem tych języków w formie mówionej. Tylko listy i listy, w dodatku szyfrowane – westchnął. – Siadajcie. Wydawało mi się, że powinno być was więcej?
– Nie udało nam się dojść na czas na spotkanie, a potem to już mieliśmy dużo szczęścia.
Jānis gwizdnął zaciekawiony i zakrzątnął się przy stojącym na szafce czajniku. Gdy on przygotowywał herbatę, Eduard z pomocą Timo streścił mu całą ich burzliwą drogę. Mężczyzna nie krył zdumienia. Ustawił przed nimi kubki i usiadł po drugiej stronie biurka.
– Nieciekawie – mruknął. – Jeśli was to zainteresuje, to most wysadzono i póki co, nic nie słyszeliśmy, żeby kogoś w tej sprawie złapali. Znaczy oficjalnie tak, ale ze swoich źródeł wiemy, że to tylko propaganda. A Karlīs… – westchnął. – Odwala kawał dobrej roboty tutaj. Inaczej te dzieciaki już dawno by nie żyły.
Timo spojrzał na mężczyznę pytająco.
– Karlīs ma przeszkolenie militarne i żyłkę pedagogiczną, umie się z tymi chłopcami dogadać. Gdyby w pewnym momencie nie chwycił tej samozwańczej partyzantki za kark, to by się dzieciaki dały szybko zabić, lub zabiłyby się same próbując nauczyć się rozkładać karabin. A tak, to on ich tego nauczył. Początkowo nawet nie myślał o jakimś faktycznym byciu partyzantem, ale z czasem samo wyszło i co jakiś czas organizują swoje akcje. No, ale to teraz nieważne. Pogodę zapowiadają niezłą, nic nie powinno sprawić problemu. Mam nadzieję, że wyczerpaliście pecha za waszych przyjaciół i oni dotrą tu na czas.
– To jeszcze ponad dwadzieścia cztery godziny. Cudem aż tyle.
– Czasami to bardzo mało – westchnął Jānis. – No, ale nie zapeszajmy. Ja teraz muszę popracować, ale ktoś was zaprowadzi do domku, gdzie możecie sobie przeczekać. Wszystko tam jest, ale w sumie jakby wam czegoś brakło, to możecie poszabrować po innych. Krzywda się nikomu z tego powodu nie stanie. Ja zaś odwiedzę was później, aby popraktykować języki.
Estonia uśmiechnął się. Wizja odpoczynku była w jego głowie czymś tak nierealnym, że postanowił się nie cieszyć, póki faktycznie nie będzie dane mu usiąść i zapomnieć na moment o tym wszystkim.

c.d.n.

Słowniczek
REĢISTRĀCIJAS VIETA – łot. recepcja (a przynajmniej tak sądzi pewien słownik online)
Tere hommikust, Eduard – est. Dzień dobry, Eduard.
Kuidas läheb? – est. Jak życie?
Tänan küsimast. Nüüd on hästi. Aga sinul? – est. Dziękuję, że pytasz. Teraz dobrze. A twoje?
Mina ka – est. Również.
Hyvää huomenta. – fin. Dzień dobry. (spisane z samouczka na Aurinko)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s