Wojenka – VI


„Kto pierwszy szedł przed siebie?
Kto pierwszy cel wyznaczył ?
Kto pierwszy z nas rozpoznał ?
Kto wrogów ? Kto przyjaciół”
Marek Grechuta „Korowód


Zatrzymali się gdzieś w środku nocy i w środku lasu. W środku niczego. Było ciemno i niejasne wrażenie, że pomylili drogi było trudne do odparcia. Ale jechali na zachód, a przynajmniej tak się im wydawało, więc kierunek był dobry i to na razie wystarczyło. W końcu przecież musieli dotrzeć do jakiejś normalnej drogi. Gdyby nie to, że Taurys doskonale zdawał sobie sprawę, że wszędzie tu jest płasko i tyle, to pewnikiem wyobraźnia raczyłaby go wizją olbrzymiej skarpy kończącej drogę. No ale wiedział…
Gdy Josef zgasił silnik półciężarówki otoczyła ich cisza. Erzsébet chciała powiedzieć coś o tym, że ona obawia się, czy drugi raz to auto odpali, ale cisza ją przytłoczyła. Nie odezwała się, tylko szybko wysiadła. Zastałe stawy zabolały, gdy zeskakiwała na ziemię. Olena wolniej, bo wolniej, ale poszła w jej ślady, wkrótce dołączył do nich Josef i tylko Taurys został w szoferce. Raivisa trudno było nawet liczyć. Laurinaitis westchnął i oparł głowę o szybę. W końcu mógł to zrobić, bez narażenia się na zbicie nią okna. Spojrzał na Raivisa i pogłaskał go po policzku. Wyglądał jakby spał (może zresztą faktycznie to robił). Bez względu na to, co działo się w jego głowie, to organizm mógł w końcu potrzebować normalnego odpoczynku i tyle. Litwa chętnie poszedłby w jego ślady, gdyby nie te wszystkie myśli, które za nic nie dawały się przepłoszyć. Gdyby nie te podskoki, których nie dało się przewidzieć. Chwilami napadała go myśl, że Czechy robi to specjalnie. Wjeżdża w największe wądoły i zmienia półciężarówkę w shaker. Ale to były chwile i szybko docierało do niego, że po co miałby to robić? To by mogło w sposób ostateczny uszkodzić pojazd i donikąd by nie dojechali. Chyba że o to właśnie chodziło?! Chyba że w gniewie powiedział prawdę… Miał rację…
Mocniej przytulił Raivisa i zacisnął zęby. Daj spokój – rozkazał sobie. – Nie popadaj w paranoję. Nie zrobiłby tego. Pomyśl. Nawet Feliks nie oskarżyłby go o takie coś naprawdę.
Ale ludzie się zmieniają…
Odpuść, nie myśl o tym i –
Otwierające się drzwi szoferki przepłoszyły na chwilę jego myśli. Erzsébet podciągnęła się na klamce i po chwili siedziała koło niego. W sączącym się przez zżółkły plastik świetle żarówki widział, że się uśmiecha mimo zmęczenia i zdenerwowania.
– Daj go – odezwała się. – Popilnuję go, a ty rozprostuj nogi. Skoro nie wiemy, gdzie dokładnie jesteśmy, to będziemy jechać całą noc. Teraz ja zastąpię Josefa, potem ty. Olena…
– Dobrze – przerwał jej.
Nie musiała mu przecież tłumaczyć. Jechał obok Ukrainy ostatnie kilka godzin i na kimś wzrok zatrzymywać czasami musiał, a to co nią targało było doskonale widoczne nawet w półmroku. Miał wrażenie, że z godziny na godzinę wręcz coraz bardziej. Przytłoczony własną bezsilnością w myślach wygrażał chwilami Feliksowi poniewczasie orientując się, że teraz to bez sensu. Że gdybanie o tym, jakby się teraz czuli, gdyby nie dał się zabić, donikąd nie prowadzi, a jedynie wzmaga jego własną frustrację. Jak długo by o tym nie myślał i tak przecież nigdy nie zrozumie dlaczego Feliks tym razem pobił samego siebie i czy zdawał sobie sprawę z konsekwencji. A samo myślenie o tym im samym teraz nijak nie pomoże. Nie przyniesie ulgi Olenie, nie obudzi Raivisa, ani jego samego nie uspokoi. Wiedział to wszystko, ale i tak…
– Dobrze – powtórzył i ostrożnie zdjął Raivisa ze swoich kolan.
Dopiero teraz poczuł, że niemal nie czuje stóp. Maleństwo było małe, ale bez przesady. Uśmiechnął się do tej myśli, a Erzsébet po prostu uśmiechnęła się do niego i przysunęła bliżej Łotwy. Delikatnie pogłaskała go po policzku i jeszcze na moment spojrzała na Litwę. Skinieniem głowy nakazała mu, żeby w końcu się ruszył. Tak. Nie mieli wiele czasu. Postój nie mógł trwać wiecznie.

Sen pod powiekami mieszał mu się z jakimś majakiem rzeczywistości od dłuższego czasu i w zasadzie nie umiał rozsądzić, gdzie dokładnie przebiega granica między jednym a drugim. Było mu niedobrze, w dodatku któryś ze światów raczył go mdlącym smrodem czegoś, co znał, ale chwilowo nie mógł skojarzyć, a w ciemności nic nie widział. Może zresztą wcale nie było ciemno, tylko on nie widział.
Nie wiedział za którym kolejnym „otworzeniem” oczu coś się wyklarowało, ale też szybko przestała go ta matematyka interesować. Smród niechybnie pochodził od siana na którym leżał, a doświadczenie pozwalało mu stwierdzić, że głównymi sprawcami smrodu były konie, krowy i może jeszcze coś tego sortymentu. To też nie było ważne. Ważny był prawdopodobnie właściciel tego przybytku teraz siedzący na zydlu kilka metrów dalej, majaczący mu w oku nie do końca ostrą przygarbioną sylwetką. Fizjonomia „gospodarza” też zresztą była nieważna, choć w świetle lampy nie wyglądała zachęcająco. Liczyła się strzelba w jego rękach mierząca w stronę Feliksa. Za jakie grzechy?! I jak chce ubić, to czemu tu go zatargał, a nie wykończył w lesie? I w ogóle ile czasu minęło? – Pytania buchnęły mu pod czaszką.
Tymczasem jego… no kto właśnie, wybawiciel czy zabójca? Tymczasem tamten zorientował się, że się Feliks obudził. Chrząknął, splunął, wstał i poprawił uchwyt na strzelbie.
– Kto ty?- charknął niewyraźnie po rosyjsku.
– Polak – odpowiedział i skrzywił się na dźwięk własnego głosu.
Tamten zaś się zamyślił i Feliks mu się nie dziwił. No wytłumacz tu sobie, skąd się u licha Polak wziął gdzieś na Łotwie, jak to z żadnej strony nie po sąsiedzku. I gdzie się podziało jego szczęście, kiedy akurat było diablo potrzebne? No gdzie? Mężczyzna tymczasem opuścił strzelbę i splunął w kąt.
– Was to wszędzie pełno. Polaki, partyzanty. Wyście most rozpierdzielili?
– Ja – odpowiedział z jakąś dumą.
Mężczyzna roześmiał się, choć na sam ten dźwięk włos się Feliksowi zjeżył na karku. Było w nim coś upiornego. Anemia oddechu i charkot zasmolonych płuc. Świst powietrza w szczerbach po zębach.
– Ładna robota, ładna, choć nam życia to nie ułatwi, za rzekę się łódką trza będzie przeprawiać. Ale wy, partyzanty, to myślicie o wielkiej wojnie, a my o targu. Ale damy radę, damy radę, a co wy tera? Co wam tu jeszcze do roboty ostało? Jakby ty taki potrzaskany nie był, to bym cię za swego chłopaka wziął, dach byś mi połatał, a jak się jedne czy drugie mundurowe przypałętały, to bym rzekł, że syn. Ale wiesz ty, że tak teraz, to się nie zda. A szukać będą. Stary jestem, to swoje wiem, ale to, to wie każdy.
– Dam sobie radę.
– O tak – zarechotał Łotysz. – Będzie piętnaście godzin jak cię tu ostawiłem i żeś tak leżał, i leżał. Dalekoś zaszedł, ale w tym tempie to cię dorwą szybko, a czemu po chaszczach łazisz to im logicznie nie wyjaśnisz. W dodatku Polak na Łotwie – parsknął i śmiał się charcząco dłuższą chwilę.
Ten śmiech pełzł Feliksowi wzdłuż kręgosłupa to w górę, to w dół i wcale nie poprawiał mu nastroju. Nic z niego nie wynikało. Odstrzeli go tu i teraz? Nie, chyba nie. Nie wyglądał na takiego. Wyda go? Co zrobi? Niepewność.
– Gdzieś ty szedł?
– Nad Bałtyk – odpowiedział wymijająco, a mężczyzna znowu parsknął.
– Toś ty mi dokładnie powiedział. Ty wiesz ile my tu Bałtyku mamy? Gdzie nad ten Bałtyk?
Zawahał się, choć przecież co mu szkodziło podać nazwę miasta. Ventspils było duże. Relatywnie duże. Poza tym, już mu piętnaście godzin wycięło z życiorysu, może więcej, bo sam nie wiedział ile czasu upłynęło nim ten tu go znalazł. Miał ochotę wyć. Ventspils… Po co? Chyba dla zasady. Aby mógł sobie potem powiedzieć, że dotarł tam, a dalej i tak musiał improwizować z tym, jak się przedostać na południe, do Gdańska chociaż.

Juris obudził ich nad ranem. Tartak był cichy, nieco zamglony, kilku partyzantów w milczeniu przechadzało się dookoła niego uważnie obserwując, czy ktoś się nie zbliża. Inni spali pod kocami na ziemi. Eduard i Timo jeszcze chwilę wcześniej robili to samo i zwłaszcza ten pierwszy odczuwał tego skutki. Gdyby nie Timo, to pewnikiem by nie wstał. Możliwość wsparcia się na kimś była równie zbawienna, co alkohol, rozmowy i sen wczorajszej nocy. Juris ich nie poganiał, gdy zbierali swoje rzeczy, ale widać było, że mu się spieszy. W jego ruchach widoczna była pewna nerwowość. Zerkał na nich raz po raz, ale odezwać się nie odezwał. Wczoraj powiedział jedynie, że ma w Ventspils coś do załatwienia i uśmiechnął się, dodając, że każdy ma swoje sprawy oraz, że mają szczęście. Duże szczęście. Eduard nie powiedział mu, że jak na razie pech jakby przywiązał się do ich kostek i licho wie, czy udało im się go poprzedniego dnia zgubić, czy też nie i teraz zaszkodzi również jemu.
Zaprowadził ich na obrzeża tartaku, gdzie przed niewielkim barakiem stała całkiem przyzwoita osobówka – jakoś nie tego się spodziewali. Nie normalnego auta, które nawet zbytnio porysowane nie było. Timo w pierwszym odruchu niemal zatrzymał się na ścieżce sparaliżowany myślą, że jednak wpadli. Nie zrobił tego jedynie dlatego, że wsparty na nim Eduard szedł dalej i pociągnął go za sobą.
Juris, nadal bez słowa, usiadł za kierownicą, Eduard obok niego, bo tam było więcej miejsca na nogi. Timo zajął miejsce z tyłu. Silnik zaskoczył za pierwszym razem. Pracował równo i cicho, tak wręcz niewojennie. Z drugiej strony, dlaczego miałoby być inaczej? – Timo zapytał samego siebie i uznał, że dał się ponieść Imaginacji. Niepotrzebnie jeszcze bardziej zaczął demonizować tę wojnę, spodziewać się jej wszędzie i być niemal rozczarowanym nie widząc jej tam. Nie o to chodziło. Powinien był przecież cieszyć się tą odrobiną normalności. Odetchnął i wsłuchał się w odgłos pracy silnika. Ten dźwięk pozornie go uspokajał, a jednak podświadomie nadal zaciskał dłoń w pięść. Brakowało mu karabinu i to też samo w sobie było przerażające. Tak bardzo przyzwyczaił się do broni w ręku, że bez niej czuł się źle. Co z tego, że wewnątrz auta był on za duży, aby cokolwiek dało się z nim tu zdziałać. Po prostu mu go brakowało. Bał się. Gdy cel znalazł się w zasięgu ręki naprawdę zaczął się bać i szukać dziur w całym.
Po kilkunastu minutach nierówna leśna droga ustąpiła miejsca czemuś bardziej cywilizowanemu. Asfalt znaczyły dziury i łaty, ale to nie było nic nadzwyczajnego zarówno teraz, jak i przed wojną. To była zwykła, nieco zaniedbana jezdnia biegnąca przez las, pozbawiona pobocza, a od drzew odgrodzona rowami. Szybko zresztą drzewa się skończyły i wjechali między pola. Juris prowadził autko pewnie i szybko. Tak szybko, że Timo był niemal pewien, iż Eduard wolałby jednak siedzieć z tyłu. Ta myśl go na chwilę rozbawiła. Spojrzał za okno, na mijaną akurat miejscowość. Na podwórzu bawiły się dzieci, ktoś szedł chodnikiem, ktoś rozmawiał przy domu… Miał wrażenie, że wieki już takich scen nie widział, a przecież od momentu gdy wyruszył do Tweru minęły nieco ponad dwa tygodnie.
– Ładnie tu… Żeby tylko tak pozostało.
Usłyszał Eduarda, ale nie zrozumiał ani jednego słowa. Łotewski.
– Zostanie – Juris odpowiedział szybko po rosyjsku i tym razem Timo zrozumiał.
A więc wie, że nie rozumiałem go wcześniej – pomyślał, ale tym się nie przejął. To już nie miało znaczenia. Było, minęło…
– Zostanie – powtórzył Eduard po rosyjsku i Timo uśmiechnął się do siebie, widząc jego minę odbitą przez boczne lusterko.
Miasteczko skończyło się i znów za oknem były tylko pola i łąki. Niebo na północy znaczyły ciemniejsze chmury, ale one były jeszcze daleko, bardzo daleko. Oni zaś minęli zieloną przekrzywioną tablicę – do Ventspils zostało niecałe czterdzieści kilometrów. Do tej chwili jakby nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, jak daleko byli. Jak niewiele zdziałaliby na piechotę. Westchnął i wcisnął się w kanapę. Chciał już być na morzu. Chciał mieć to za sobą.

Było cicho, co w środku słonecznego dnia nie było czymś oczekiwanym. To tak, jakby ktoś nagle wyłączył całą fonię i cisza wbiła się piskiem do uszu. Wszystkie pokoje były dziwnie puste, a jeśli już ktoś w nich przebywał, to był równie milczący co Bernhard. Z podwójnego milczenia nie mogła zrodzić się rozmowa, więc zabierał to, po co tam akurat przyszedł i bez słowa wychodził.
Było w tej ciszy coś niepokojącego. Przeczucie jakieś, które na gwałtu rety domagało się hałasu. Oczekiwało go przestępując z nogi na nogę. Zerkało w stronę bramy dobrze widocznej przez okna i irytowało się, że nikt nie przejeżdża przez nią szybciej niż byłoby to wskazane. Że nikt nie dzwoni, aby chociaż przez telefon powiadomić, że statek wpłynął do portu i niebawem jego nieoficjalni pasażerowie będą na miejscu. Nie dzwoni nawet, aby powiadomić o tym, czy plan się nie zmienił. Nic takiego się nie działo, choć wyczekiwał od rana – cisza informacyjna była absolutna.
Dzień spływał mu na snuciu się po budynku. Fragmenty starych listów przemykały mu w głowie, utwierdzając w przekonaniu, że tak – to jakoś teraz winno było nastąpić. Gdyby coś się miało zmienić – poinformowaliby, chyba że…
Wątpliwość goniła wątpliwość. Pogoda była dobra – morze było bezpieczne, ale co z tego, jeśli najpierw do morza trzeba było dotrzeć. Neutralność i w tej wojnie nie oznaczała wcale, że nie wie, że nie rozumie wojennych praw. Że nie zna sytuacji po drugiej stronie morza, gdzie nikt nie miał tego komfortu co na półwyspach. Tam żadna ze stron nie zamierzała szanować czyjejś chęci pozostania neutralnym… A inni nie zamierzali tylko stać i przyglądać się temu z boku.
Przełknął powoli ślinę niepewny, co w tym stwierdzeniu jego własnych myśli go zdenerwowało.
Własny bezruch zachowawczy czy czyjaś samobójcza nadaktywność?
Przesadzasz – zganił się w myślach. – Nikt jeszcze nie zginął… Nikt z nas.
Ale na wprost tej myśli wyszła inna, powtarzając w kółko: nie wiesz. Nie wiesz, nie wiesz, nie rozumiesz nic, bo skąd byś mógł wiedzieć ty, skoro nikt nic nie wie? Skoro cisza spowiła tych, którzy odezwać się mieli?
To nic jeszcze nie oznacza.
Na pewno? Cicho, ciszej, najciszej… grób.
Bernhard nie był paranoikiem. Chodził twardo po ziemi. Twardziej niż Norwegia, twardziej niż Dania… Te myśli martwiły go.
– W dzień się nie przeprawią, więc skoro do teraz się nie pojawili, to pewnikiem jutro rano – stwierdził i odszedł od okna własnego pokoju (kiedy tu doszedł? którędy?). Nogi pamiętały ile kroków należy wykonać, aby znaleźć się przy biurku i usiąść na krześle. Ręce pamiętały, w której szufladzie są listy i wydruki depesz nadanych od samego początku. Tam pomiędzy nimi były również zdjęcia, niektóre znacznie starsze niż cała ta wojna. Nie on je tam wsadził – to Timo podczas jednego z tych krótkich pobytów w Sztokholmie, gdy na chwilę zatrzymywał się w pędzie między Turku, Helsinkami, Tallinnem, Tartu i kto wie czym jeszcze… Włożył je tam, bo uznał, że za dużo pesymizmu się tam nazbierało, a te zdjęcia były wesołe i beztroskie. Miały jego zdaniem robić za przeciwwagę, ale im częściej Bernhard sięgał po listy, tym częściej zatrzymywał się na zdjęciach właśnie i miast wspominać z uśmiechem w myślach chwile, gdy je zrobiono, zastanawiał się nad tym, czy jeszcze kiedykolwiek nadarzy się okazja ku zrobieniu kolejnych. Czy będzie dane im wszystkim spotkać się ponownie w takim składzie?
A tymczasem cisza w eterze trwała. Nikt nie wiedział nic i pozostawało wierzyć… Tylko, że wiara to nigdy nie była karta, której Szwecja przesadnie ufał.

Był pewien, że gdy się już to wszystko skończy, gdy będzie mógł normalnie chodzić i w ogóle, to ktoś wypali mu z tekstem, że totalnie ma więcej szczęścia niż rozumu, a on przynajmniej w duchu się z nim zgodzi. Dobrze, ma. I co z tego? Ważne, że żyje. Ważne, że teraz cudem – bo sam przed sobą przyznać musiał, że to cud jakiś – w końcu zmierza do celu w jakimś znośnym tempie.
Siedział na beli siana pomiędzy skrzynkami z jajami i warzywami, i podskakiwał razem z tym wszystkim ilekroć traktor z przyczepą wpadał w jakąś dziurę. Słońce dopiero wstawało, a on mógł na nie patrzeć i wiedzieć, że nie tkwi w miejscu. Żeby mieć nadzieję, że dogoni pozostałych odwagi jednak nie miał. To by był cud w cudzie i w ogóle niemożliwość. Zbyt wiele czasu stracił wcześniej. Może gdyby nie to, albo gdyby oni poczekali… Jęknął i potrząsnął głową. Akurat. Żadnego czekania, przecież się spieszyli. Zresztą póki co jechał, ale to tylko do miasta na targ, bo jego gospodarz uznał, że tak mu będzie najlepiej, najbezpieczniej i w ogóle. Zabijać czy coś nie zamierzał, ale stary był, żonę miał też starą, kłopotów nie chcieli. Tyle co podwieźć gdzieś do miasta się zobowiązał, bo uznał, że kaleki w polu nie zostawi na pewną śmierć. Feliks go rozumiał i w sumie cieszył się, że są jeszcze na świecie ludzie, co mają sumienie, bo chwilami, w czasie tej wojny, zaczynał w to wątpić.
Zsunął się z beli na podłogę przyczepy i ułożył wygodniej. Gdy dojadą będzie musiał zastanowić się nad tym, gdzie jechać dalej. Nad Bałtyk i do Gdańska, a może zaryzykować… Uśmiechnął się do samego siebie. Taurys miał zabrać coś z kutra, który z kolei miał zabrać tamtych do Szwecji. Ale miał tylko zabrać, więc sam nie płynął, a przynajmniej tak się Feliksowi w pamięci ćwiczyło. Zamknął oczy i spróbował sobie w myślach odtworzyć rozmowę sprzed kilku tygodni. Nie za Bałtyk, to gdzie dalej? Do Kłajpedy, czy do Wilna? Chyba do Wilna… Może więc sam by się tam wybrał. Z tego miejsca to Gdańsk czy Wilno nie robiło mu znowu takiej różnicy – i tak było daleko. A Warszawa, a Kraków… Zacisnął mocno powieki i kazał sobie o tych miastach nie myśleć. Były daleko. Były bezpieczne – bronione, a on był tu. Na Łotwie, na lewym brzegu Venty w drodze na zachód, a co będzie dalej, to pomyśli, gdy przyjdzie na to pora.
Rozluźnił się i zasnął w porannym słońcu.

W milczeniu wjechali do Ventspils i zwolnili nieznacznie. Juris milczał, jakby w głowie już wszystko sobie ułożył i nie musiał ich pytać, gdzie chcą wysiąść. W Timo obudziły się kolejne podejrzenia, ale też milczał. Eduard również, choć niepewność zjadała go od środka. Siedział z głową opartą o szybę i patrzył na mijane domy, torowisko, ludzi, domy, gruzy, domy, ludzi… Gdy nagle, na chwilę, to wszystko ustąpiło miejsca Vencie z odbitym w jej wodzie niebem, to aż musiał zamrugać zaskoczony. Srebrzystoniebieska wstęga rzeki była jakaś zupełnie nierealna.
Juris natomiast skręcił zaraz za mostem i ponownie kawałek dalej aż zagłębił się w gąszcz niewielkich ulic bardziej zatłoczonych niż te wcześniejsze. Tu domy wyrastały ciasno po obu stronach drogi i patrzyły na ulicę oknami, w których wisiały firanki. Niektóre były otwarte na oścież i przez parapety przelewała się wietrzona pościel. Tu i tam wspierała się na niej babcia bacznie przyglądająca się ulicznemu życiu – ludziom, autom, dzieciom. Tu ludzie żyli tak normalnie, jak tylko byli w stanie.
Juris zatrzymał autko chwilę później, na niewielkim parkingu przed sklepem, gdzie niespecjalnie wyróżniało się ono spomiędzy innych.
– Do środka wejdziemy razem, między półkami jeszcze pogadamy i rozstaniemy się w okolicy kas – Juris znowu mówił po łotewsku, obawiając się, że ktoś usłyszy rosyjski przez uchylone okno i zainteresuje się bardziej, niż by tego chcieli. – W Ventspils jest bezpiecznie ostatnio, ale w powietrzu można by chwilami siekierę powiesić i licho wie, czy to nie cisza przed burzą. Strzeżonego strzeże.
Eduard zgadzał się z tym tokiem rozumowania, chociaż bezpieczniejszy się nie poczuł. Miał wrażenie, że dopiero, gdy postawi stopę na szwedzkiej ziemi odetchnie na moment z ulgą. Ale aby to mogło nastąpić, póki co musiał zaufać temu Łotyszowi tak, jak to robił przez ostatnie sam już nie wiedział ile godzin i tyle. Wysiadł ostrożnie i skinął na Timo.
Finlandia źle się czuł ze swoim nierozumieniem tych krótkich rozmów pomiędzy Eduardem a Jurisem, gdy nie było czasu i warunków, aby mógł otrzymać ich tłumaczenie. Nie, nie bał się zdrady. Ufał Eduardowi. Dzień, w którym by przestał mu ufać, byłby chyba ostatnim dniem tego świata, a i to wydawało mu się jakieś nieprawdopodobne. Chodziło tylko o dyskomfort. Nic, czego nie czułby w czasach pokoju.
Wysiadł z auta na płytę parkingu i przeciągnął się nieznacznie. Prawe ramię wydawało mu się dziwnie lekkie, po tylu dniach noszenia na nim karabinu, ale nie było innego rozsądnego wyjścia, jak zostawić broń chłopcom Jurisa. Im mogła się jeszcze przydać, a Timo tylko miałby z nią problem w mieście, bo trudno zamaskować jakoś karabin mający niemal metr czterdzieści długości. Poza tym, teraz wracał do domu. Tam i w Szwecji był bezpieczny.
Wszedł do sklepu, trzymając się o ćwierć kroku za Eduardem i udając, że przysłuchuje się z uwagą jego rozmowie z Jurisem, gdy kluczyli miedzy mniej lub bardziej pustymi półkami. Rozstali się w pobliżu kas, gdy Eduard skręcił jeszcze w bok. Tragicznie zabawnym było, że choć sklepik był chyba w połowie ogołocony z towarów, to wódka wciąż stała na półkach. Butelkowana byle jak, z odchodzącymi etykietkami, ustawiona w skrzynkach po warzywach i podpisana słowem, które zupełnie się Timo z alkoholem nie kojarzyło. Mógł sobie wyobrazić, jak ktoś to produkuje gdzieś własnym sumptem i rozlewa do starych butelek.
Wyszli i nawet nie oglądając się na autko Jurisa odeszli mniej więcej na zachód. Chcieli dotrzeć do morza, a potem wzdłuż niego na miejsce. Timo miał nadzieję, że to nie będzie długa droga.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s