Wojenka – V

„to tu, to tam
ktoś umiera to znów rodzi się ktoś
to tu, to tam
ktoś chce więcej a ktoś i tego ma dość
to tu, to tam
ktoś się śmieje a ktoś płacze i łka
to tu, to tam
ktoś kuleje – ktoś się bawi i gra
to tam, to tu
życie płynie lub wstrzymuje swój bieg
to tu, to tam
ktoś utonie lub dopłynie na brzeg”
Muzyka: Grzegorz Turnau
Słowa: Michał Zabłocki


Partyzanci całkiem miło urządzili się w pozostałościach po tartaku. Mieli tu dach nad głową, studnię, a nawet agregat, ale obecnie nie było co do niego wlać, więc stał tylko w szopie i porastał kurzem. Minimum energii zapewniało kilka paneli fotowoltaicznych, które do tego obrazu powolnego rozkładu pasowały jak pięść do nosa i może dlatego Eduard przyglądał im się niewidzącym wzrokiem. W myślach liczył stracone dni i te, które może uda im się odzyskać. Bał się przed samym sobą przyznać, że cudem bo cudem, ale mogą zdążyć. To było robienie sobie nadziei. Był realistą.
– Uważaj, gorące.
Szklanka w metalowym koszyczku pojawiła się nagle w polu jego widzenia, a on odruchowo odsunął się od niej. Zamrugał, by dać oczom szansę przestawienia się z jednej odległości na drugą i odetchnął.
– Dziękuję.
Timo usiadł koło niego i sam zaczął pić swoją. Płyn był gorący, choć na smaku mu nie zbywało i może w innych warunkach podziękowałby za niego i wylał, ale tutaj? Eduard sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął manierkę. Na moment w powietrzu pojawił się ostry zapach alkoholu. Timo uśmiechnął się. Nie musiał prosić. Eduard najpierw dolał do jego szklanki, potem do swojej i herbata od razu nabrała jakiegoś znajomego posmaku.
– Mają radiostację…
– Na świętego nigdy pozwolą nam z niej skorzystać.
Timo westchnął. Trudno się było z tym nie zgodzić. Tu dowieźli ich z zawiązanymi oczami. Ci ludzie nawet gdyby mieli sami nadać komunikat po łotewsku na wskazanej przez nich częstotliwości i tak by tego nie zrobili, a on nie mógł mieć o to do nich pretensji. Obawiali się. Byli ostrożni. Nadając zwykłe „cześć” mogli nadać coś o tysiącu innych znaczeń i ściągnąć na siebie nieszczęście. Sam na ich miejscu postąpiłby dokładnie tak samo.
– Rozmawiałeś z tym mężczyzną, który nimi dowodzi –
– Kārlisem – wszedł mu w słowo Eduard.
– Yhym. W każdym razie rozmawiałeś z nim, jak tu jechaliśmy. Wiesz ile będziemy musieli tu siedzieć i czekać?
Spróbował ukryć zniecierpliwienie, sam nie był pewien czemu. Chyba żeby nie udzieliło się ono Eduardowi – jakby już tego nie zrobiło.
– Do rana – odpowiedział szybko i upił herbaty. – A po południu powinniśmy być na miejscu, jeśli drogi nie wysadzono. Tak mówił – dodał i roześmiał się. – Mamy szczęście, że zaatakowali nas tu, a nie bardziej na południe. Żeby spotkać się z pozostałymi nadłożylibyśmy drogi, a tak…
– Dogonimy ich?
– Może nawet przegonimy, bo oni mieli się trzymać bocznych dróg. My pojedziemy głównymi.
Dwóch wyrostków stanęło pod ścianą sąsiedniego budynku niewiadomego przeznaczenia i zaczęło o czymś rozmawiać raz po raz zerkając w ich stronę. Nie mogli mieć więcej jak szesnaście lat i niewielkie były ich szanse na dożycie dwudziestu. Dwadzieścia lat. Co to było? Timo odstawił szklankę i przeciągnął się. Dwieście, to może już bardziej.
– Najważniejsze, że ich spotkamy.
– Jeśli jest kogo spotykać…
– Eduard! Przestań!
Von Bock zamknął oczy i w milczeniu pił herbatę. Zdawał sobie sprawę z tego, że Timo przygląda mu się uporczywie i czeka aż sam zaprzeczy własnym słowom. Zapewni, że na pewno się spotkają, ale to nie było takie łatwe. W tym pozornie spokojnym miejscu, w leniwym wyczekiwaniu pory odjazdu, bez troski o to, jak dotrzeć na miejsce inne problemy poczynały wykluwać się w jego myślach. Skoro oni mieli pecha i wpadli w zasadzkę, to czemu nie inni? A jeśli tak, to… Przełknął powoli ślinę. Tyle już przeżyli, nie tylko w tej wojnie, ale przecież wszystko ma swój koniec. Prawda? Cuda…
– Ymmm, poczęstujecie…?
W myśli wdarł mu się zakłopotany głos jednego z wyrostków. Otworzył oczy i spojrzał na niego. Chłopak wpatrywał się w piersiówkę opartą o jego udo.
– Odwdzięczymy się – zapewnił żarliwie drugi i pokazał kawałek trzymanej pod rozpiętą kurtką kiełbasy.

Chwilami zastanawiała się czy się już zgubili, czy zgubią się za chwilę. Droga była to węższa to szersza, równa lub mniej, ale z całą pewnością odludna. Strop z koron drzew sprawiał, że trudno było określić dokładną porę dnia, a kierunek świata przed nimi stanowił już zupełną zagadkę. Pozostawało wierzyć, że Josef wie, jak ma jechać. Wolała o to nie pytać. Atmosfera w szoferce była gęsta i zdawało się tylko kwestią czasu nim ktoś wybuchnie. Nie Raivis, bo dla niego świat nadal nie istniał. Nie Olena, bo teraz, gdy trzymała Raivisa na kolanach, sama oddaliła się od świata. Nie myślała o całej tej wojnie, o tych co ją zdradzili czy dopiero zdradzą. Ograniczyła swój świat do osoby, którą powierzono jej opiece i to ją uspokoiło. To było widać na pierwszy rzut oka i Erzsébet wdzięczna była Taurysowi, że raczył to zauważyć, zrozumieć i jej Raivisa nie odebrał. A wiec wybuchnąć mógł Josef prowadzący ciężarówkę pod krytycznym wzrokiem Taurysa. Wybuchnąć mógł Taurys, choć chyba wszystko, co uzbierało się w nim w ostatnim czasie, wyrzucił jeszcze nim ruszyli. No i mogła wybuchnąć ona…
Zamknęła oczy. Świat zniknął, ale hałasy pozostały. Feliks żył. Była tego pewna pewnością absolutną i bezpodstawną. To po prostu nie mieściło się jej w logice świata, aby Łukasiewicz mógł zginąć. Już tyle razy oszukał śmierć, więc czemu teraz miałoby być inaczej? Wszystko kiedyś się kończy? Bzdura! Są rzeczy niezmienne. Ile to razy żartowali, że końca świata dotrwają karaluchy, szczury i Feliks?! Śmiali się z tego pod słońcem południa, w nocy przy piwie lub winie, przez telefon przy wymianie plotek lub bardziej użytecznych informacji… Więc Feliks musiał żyć i nie ważne, co ci z przodu o tym myśleli. Nie rozumiała, jak mogli tak łatwo postawić na nim krzyżyk, ale to była mniej ważna z gnębiących ją rzeczy.
Otworzyła oczy, a widok za oknem był dokładnie taki sam jak wcześniej. Drzewa, drzewa, drzewa… Eduard i Timo też już wiele razy się śmierci wywinęli, ale wciąż było tego za mało, aby mogła siedzieć spokojnie nie martwiąc się. I to jeszcze gdyby chodziło tylko o jednego… Może wtedy martwiłaby się mniej?
Nie. To nic by nie zmieniło.
Westchnęła i pogłaskała Raivisa po włosach. Olena spojrzała na nią i uśmiechnęła się. Cóż innego mogła zrobić, jak odwzajemnić ten uśmiech?

Nie za często zdarzało mu się faktycznie cieszyć z tego, że nie wyrósł taki wysoki jak Josef lub paru innych. Generalnie na co dzień bycie jak na mężczyznę raczej niższym niż wyższym wcale mu nie odpowiadało, ale teraz skłonny był bić się w pierś za każdy raz, kiedy na to narzekał. Nie robił tego tylko dlatego, że i tak nikt by tego nie zobaczył, a poza tym jego żebra by go za to znienawidziły. Zresztą, chrzanić szczegóły. Gdyby był wyższy, to znalezienie w tym gruzowisku kawałka drewna dostatecznie długiego, aby mógł posłużyć mu za kulę byłoby o niebo trudniejsze, a tak się udało. Fart. Widać jego ślepe szczęście go nie opuściło. Miał tylko nadzieję, że jest w lepszej formie niż on sam.
Kuśtykał powoli w kierunku, który wydawał mu się być mniej lub bardziej słusznym. Wolałby iść drogą, ale to było ryzykowne, a on nie miał zamiaru wejść prosto na spóźnioną ekipę ratunkowo-jakąśtam… Nie. I dlatego zszedł z drogi i teraz kluczył między drzewami, co było łatwe, i krzewami, które niekiedy lepiej było obejść nadkładając drogi, niźli się przez nie przedzierać. W zasadzie mógł skręcić od razu bardziej na południe i zapomnieć o jakichkolwiek spotkaniach, bo w tym tempie nie miał szans zdążyć, ale to było jakieś takie…
Splunął i zatrzymał się na chwilę aby złapać oddech. Serce waliło mu jak durne próbując sprostać zadaniu, ale chyba mu to nie wychodziło. Zresztą może wcale tak mocno nie waliło, tylko Feliks miał takie wrażenie. Zrobił jeszcze kilka kroków i oparł się o drzewo. Godnością osobistą zmusił się do zachowania pozycji mniej lub bardziej wertykalnej. Sił na to mu już nie starczyło, a był pewien, że jeśli usiądzie, to nie wstanie przez najbliższe kilka godzin. Wała. Spieszyło mu się. Nawet jeśli z boku pośpiech ten był co najmniej żółwi. Starał się nie myśleć ani o tym ile już przeszedł, ani o tym ile jeszcze pewnikiem będzie musiał przejść. Nie miał odwagi spojrzeć za siebie, bo obawiał się, że zobaczy pośród drzew ruiny wartowni.
– Rusz się – rozkazał sam sobie, a jego własny głos zacharczał mu w uszach.
Wzdrygnął się i odchrząknął. Jeszcze raz splunął i skrzywił się.
– No rusz się… – Tym razem zabrzmiał dla siebie jakoś normalniej i chwycił się tego desperacko. Nie było tak znowu źle, co nie? A będzie lepiej… No totalnie musi być lepiej!
Zaczął iść. Krok, krok, krok, jedna noga, druga na chwilę tylko i jeszcze mocne podparcie się na desce, syknięcie, bo pomimo owinięcia końca kurtką i tak się nierówna krawędź wbijała trochę pod ramię, szybkie przeniesienie ciężaru na tę nogę, którą można było mniej więcej nazwać całą, odetchnięcie i dalej. Krok, w krok a za krokiem krok. Zaczynało szarzeć i miał nadzieję, że gdzieś w końcu z tego lasu wyjdzie na otwartą przestrzeń, bo po ciemku tu, to mógł sobie najwyżej kark skręcić ku uciesze tych i owych, którym radości sprawiać bynajmniej nie zamierzał. I dlatego uparł się, żeby przeżyć. Krok za krokiem, metr za metrem. Większym rzeczom nie dał się załatwić, a teraz miał go wykończyć pośledni most pośrodku ziem Taurysa? W dodatku most który on sam wysadzał?! Na dnie myśli słyszał Josefowy chrząkośmiech, że największym zagrożeniem dla niego był on sam. Szybko kazał się chrząkośmiechowi szukać i nie myślał o tym więcej. Skupił się na kolejnych krokach i dziękował opatrzności, że wszędzie wokół była w sumie równina, bo jakby mu teraz jeszcze kazano hasać po pagórkach, to chyba nawet spotkanie z ekipą ratunkowo-jakąśtam nie byłoby takie złe. No bo przecież z miejsca by chyba nie ustalili, że walnęła ta cholerna ciężarówka. Mógł ktoś filary podminować – kombinował. Albo i nie mógł, znaczy mógł, ale to wymagało od cholery szczęścia, bo oni je dokładnie obserwowali. A przynajmniej stwarzali takie wrażenie i lepiej było go nie sprawdzać. Siłą rzeczy cholerna ciężarówka jakoś sama pojawiała się w myślach. Skarcił się, że nie spojrzał jak rzecz wyglądała po drugiej stronie mostu. Tam kawałek dalej były co prawda baraki i generalnie ludu jak lodu na Grenlandii, ale jak nikt akurat tam się specjalnie tematem nie interesował i na wartowni wszystkich rozwaliło, to może by nikt o ciężarówce nie wiedział i dałoby się wyłgać.
Prychnął i kazał się tej gdybologii paść. Na co mu ona teraz była? Przecież nie zawróci?! To by dopiero była głupota! Mowy nie ma…
Przyspieszył poganiany własnymi myślami i adrenaliną.

Kārlis patrzył na nich nieco spode łba, jakby usilnie szukał dziury w ich opowieści, ale pozostali słuchali z wyraźnym zainteresowaniem. Że szukał dziury tak bardzo nie dziwiło, bo Eduard miał wrażenie, że jak bardzo by tej opowieści nie okrajał z niektórych szczegółów, to i tak wyglądał na co najmniej o dziesięć lat za młodego, aby móc ją przeżyć. Pozory to była straszna rzecz – Raivis powtarzał to często, bo miał pod tym względem jeszcze gorzej, niemniej radził sobie. Pozostawało mu mieć nadzieję, że Łotysz uzna wydarzenia tallińskie za na tyle odległe, aby móc je zaakceptować w zaserwowanej formie i tyle.
Timo jedynie patrzył, a chwilami nie tyle patrzył na tę zbieraninę co przez tę zbieraninę. Ognisko, wódka, kiełbasa, jakieś bajdurzenie w gwiaździstą noc. Błogi spokój, jak na biwaku. I teraz, kiedy powinien był się na chwilę odprężyć, bo przecież jutro wsiądą do auta i pojadą prosto do celu niemalże na pewno nadrabiając stracony czas, to jego poczynały łapać wątpliwości. Gdybologiczne warstwy myśli układały się jedna nad drugą. Zaczęły nieśmiało wtedy, kiedy napięcie ostatnich dni zaczęło opadać i Eduard rozluźnił się na tyle, że Timo usłyszał jak nuci pod nosem jakąś piosenkę. Najpierw powróciła echem myśl z tych całych pertraktacji, które Eduard streścił mu w bardziej strawliwym dla niego języku niż łotewski. Całe one trąciły jakąś farsą. Jakaś knajpka w mieście na granicy. Fart. I co, jakby Eduard nie skojarzył? Rozstrzelaliby ich? A może to wszystko było tylko dla picu. O tak, żeby potem można było poopowiadać, przy kolejnym ognisku, a ich rano zastrzelą i tyle. Albo wywiozą gdzieś i szukaj wiatru w polu. Już są martwi. W zasadzie są martwi od tamtej pułapki. Może ci tu, to też od niej. Pokumali, że ktoś im zbiegł i się przyczaili. Może takich więcej było. Obstawili drogi i czekali. Przecież im się nie spieszyło. Zabiją teraz, przeszukają i kurierkę – bo na pewno się skądś wywiedzieli – przejmą… A figa, przecież nie ma żadnych listów uwierzytelniających od ludzi sprzyjających końcu wojny i starym granicom, co siedzą w Twerze, Jarosławiu czy Sokolnikach. Nie ma nic, bo to ludzie zaufani, dostatecznie wysoko postawieni i do dostatecznie wysoko postawionych się zwracający, by wszyscy wiedzieli, kiedy przed sobą mają byle kuriera, a kiedy naród. Sami sobie byli uwierzytelnieniem, a listy z informacjami też nie istniały. Może skrawki, przypominajki, reszta w głowach. A niech zabiją… Bez sensu. Tu go zastrzelą, a co się stanie na północy? To jakoś nie miało sensu – przedsmak nieśmiertelności. Nie było jeszcze takiej wojny w której staliby wręcz przed pierwszym szeregiem, ale nie chciał być królikiem doświadczalnym. Chciał już być na morzu, płynąć wskroś Bałtyku, stanąć na brzegu i móc powiedzieć, że przeżył. A potem Sztokholm, chwila wytchnienia, zapomnienia przed dalszą drogą, trochę starej formy, wyrytych w odruchach zachowań i –
Myśl mu umknęła przegnana parsknięciem śmiechu. Odwrócił wzrok od cienia na ścianie pobliskiego baraku i spojrzał na roześmianych młokosów. Nawet Kārlis uśmiechał się pod nosem. Eduard przepił z piersiówki i uśmiechnął się do słuchaczy zmęczonym uśmiechem.

Zapadła noc ciemna i sucha. Ani jedno, ani drugie mu nie było w smak. Rozpalać jakiekolwiek ognisko, tak bez sprawdzenia terenu wykopania jakiegoś dołka, obłożenia kamieniami czy coś zakrawało na szaleństwo. Mógł w najlepszym razie puścić z dymem kawałek lasu. Nie wiedział czy znajdował się już w jego bardziej łotewskiej czy wciąż litewskiej części, ale był pewien, że by mu to płazem nie przeszło. Raivis w łeb mu dać nie mógł – technicznie musiałby chyba na stołek wejść, ale skopać po kostkach dotkliwie nic mu nie przeszkadzało. Mógł się też uciec do broni palnej. Z tą w jego wykonaniu Feliks miał w życiu niewiele do czynienia. Pamiętał, że raz się nieco o Czerwonych Strzelców potknął, ale jakoś mu to mignęło w pamięci, większe problemy wtedy były pod Rygą. Niemniej von Bock na wzmianki o Strzelcach krzywił się nieodmiennie i przewracał oczami, a to już był jakiś argument dla przypuszczeń, że Raivis i broń palna, to niekoniecznie zestawienie, które się chce poznawać. Mniejsza z większym, będzie spał bez ogniska. Smaczny nie jest. Nie było okazji, aby się porządnie umyć od dłuższego czasu, więc optymistycznie założył, że żadne zwierze się na niego nie połakomi. Głód głodem, a smak smakiem – trzeba się szanować, co nie? Na sprawdzanie terenu czy zbieranie chrustu zresztą siły nie miał. W głowie biła mu jakaś replika dzwonu Zygmunta zaopatrzona jednak w serce, noga pulsowała bólem podług zupełnie innej melodii, ponadto miał niejasne wrażenie, że ma gorączkę, a wzrok mu płata figle. W figle słuchu nie wnikał. To było twarde postanowienie, inaczej by bowiem już dawno siedział skulony za jakimś drzewem i drżał przy każdym najmniejszym szeleście, a po dobie już by mu totalnie zjechało psychikę. Won, sio, precz, las jest pełen hałasów i nie potrzebne są w nim spiskowe teorie. Lezie na chybił trafił, pościgu nie słyszał, a teraz był już daleko od drogi. Nawet jakby mieli psy, to nie mieli im czego dawać jako źródła tropu. Mogą się walić i tyle. A jak go znajdą, to się będzie martwił.
Usiadł pod drzewem i zacisnął powieki. Świat, choć składający się głównie z cieni na tle ciemności, wirował mu nadal pod czaszką i nie chciał kulturalnie zniknąć, nawet na wyszeptane pod nosem „wypierdalaj”. Był zmęczony. Było mu gorąco, ale coś mu w głowie szeptało, że niebawem będzie mu zimno. Kazał się temu zamknąć. Gdzieś coś zaszeleściło – odruchowo się wzdrygnął i otworzył oczy. Rzecz jasna zobaczył tylko ciemność, a serce zaczęło mu bić, jakby mu za każde uderzenie płacili. Uciekł myślami ku Warszawie. Tam powinien był być spokój. Walczyli, układali się, ale tam na Mazowszu, to jeszcze winien był być spokój. Tak jak w Gdańsku, Łodzi, Poznaniu… uśmiechnął się pod nosem do obrazów kolejnych miast wykwitających mu w myślach.
Coś przebiegło nieopodal – obrazy znikły. Ciemność przez ciemność. Coś gulą podeszło mu do gardła i utrudniało każdy, i tak już niełatwy, oddech.
– Kurwa – zaklął cicho i skulił się na ile pozwalały mu wszystkie potłuczone, połamane i licho wie jakie jeszcze kości. – Kurwa…

Trzymali się bocznych dróg, a te wyglądały bardziej na kartofliska niż cokolwiek innego. Ciężarówka podskakiwała, skrzypiała, zgrzytała, ale gdyby ktoś zapytał Taurysa, to odparłby, że było cicho. Zgrzyty, piski, świsty, stuknięcia – wszystko to trwało nieprzerwanie już tak długo, że przestał na nie zwracać uwagę. Gdyby ktoś mu powiedział, że to wszystko zaczęło się zaledwie kilka dni temu, a apogeum osiągnęło przed kilkoma godzinami, chyba by nie uwierzył. W jego pamięci rozciągnęło się to niemożebnie z przeszłości w przyszłość i nie mógł sobie przypomnieć o czym myślał, gdy opuszczał Wilno w kierunku na Twer, o czym gdy Twer opuszczał i kierował się na Dźwińsk. O czymś myśleć musiał i miał wrażenie, że to nie były takie szare myśli, jakie teraz kręciły mu się po głowie. Wtedy miał wiadomości, które wciąż wydawały się być dobrymi, ale…
Westchnął i przeciągnął się. Zastane mięśnie potrzebowały tego. Domagały się ruchu, podczas gdy umysł nie pragnął niczego więcej, jak tego, aby zostawiono go w spokoju. Niech się dzieje, co chce, bo i tak do niczego to nie doprowadzi. W życiu są pewne rzeczy, które przyjmuje się jako oczywiste. Czasami nawet się o tym nie wie dopóki z jakiś powodów coś ich pewności nie podważy, a to właśnie się teraz stało. Szczęście nie dopisało Feliksowi, a skoro jemu nie dopisało, to jakby miało komukolwiek z nich? Erzsébet mogła mówić, że to nie prawda, ale to były słowa, a fakty… Fakty mówiły same za siebie.
Zacisnął dłoń na nogawce spodni. Nadzieja… Miał wrażenie, że z niej rodzi się jedynie rozczarowanie.
Ciężarówka podskoczyła gwałtowniej. Z tyłu Olena syknęła uderzywszy głową o okno. Na jej kolanach Raivis tkwił w niezmiennym oderwaniu od rzeczywistości. A mieli się wszyscy spotkać, porozmawiać, powspierać się przez te kilka dni wspólnej podróży.
Tylko rozczarowania.

Coś się zmieniło, ale to była tylko pozorna zmiana. Ruch nieistniejący. Cienie się wydłużyły. Pociemniały ich karykaturalne sylwetki na ziemi, a kałuże rozjarzyły się światłem białego słońca, co wynurzyło się nieco spod chmur. Ot białe kółko prześwitujące przez cienkie szare chmury. Tak równe, jakby je ktoś cyrklem wyrysował i do nieboskłonu przykleił. Odruchem jakimś masochistycznym Raivis zapatrzył się weń. Jasność wbijała się w mózg szpilą bólu, a jednak nie zamknął oczu. Spłoszone myśli zostawiły mu w głowie pustkę. Nie było wspomnień Rygi, Tartu, Dźwińska, Tallinna. Nie było melodii, słów, zdjęć. Niczego, co miałoby smak, barwę… Niczego, co by budziło w nim jakiekolwiek uczucia. Tylko słońce. Białe światło zalewające umysł.
Miał wrażenie, że tak by już mogło pozostać na zawsze, bo teraz przynajmniej płacz nie narastał w nim z każda minioną chwilą.

c.d.n.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s