Wojenka – IV

„Dom mam na nizinach i wrócić tam chcę.
I Ty także powrócisz do rodzinnej swej wsi.
Jesteś mym towarzyszem broni, bratem krwi.”
Dire Straits „Brothers in Arms”


Timo miał ochotę się śmiać. Nie żeby wydarzyło się coś zabawnego, bo grupa wyrostków po kilkanaście lat w towarzystwie kilku ciut starszych i jednego co bardziej bogatego w doświadczenia mężczyzny nie była tu po to, aby go rozśmieszać. Mówiły o tym ich zacięte miny, wymieniane cicho uwagi w języku, którego nie rozumiał, a przede wszystkim zaświadczały o tym trzymane przez nich karabiny. Nie było wśród nich dwóch takich samych – zauważył, choć to nie miało znaczenia. Podobnie jak to, że co najmniej kilka z tych konstrukcji znał, bo sam ich kiedyś używał. U niego je wyprodukowano, choć teraz dni swej świetności miały stanowczo za sobą. Taka zbieranina wszystkiego. Zerknął na Eduarda i to ostudziło jego rozbawienie. Bock stał koło niego, choć wyraźnie było widać, że wolałby już usiąść. Na twarzy miał odmalowane skupienie i Timo był pewien, że przysłuchuje się tym cichym rozmowom łowiąc niewyraźnie wymawiane słowa i podobnie jak on, wyczekując chwili, gdy ktoś w końcu odezwie się głośno. Omal nie parsknął, gdy te pierwsze słowa rozbrzmiały w powietrzu melodyjnym rosyjskim, a Eduard skrzywił się odruchowo.
– Skąd wy?
– Z północy – Eduard odpowiedział po łotewsku i nawet nie silił się na bardzo poprawy akcent czy wymowę. Nie. Po co? Było wyraźnie słychać, że łotewski zna, ale nie jest to jego własny język. Nie udawał. Młodziki w tyle zaczęły wymieniać uwagi między sobą, mówiąc jeszcze szybciej niż poprzednio, wyraźnie speszeni tym, że mogli zostać zrozumiani. Timo to wszystko trąciło absurdem, bo nikt tu na jakiegoś szpiega jego zdaniem nie pasował. To nie była jego pierwsza wojna i może nie uważał się za autorytet w tych sprawach, ale jednak. Zresztą siebie i Eduarda znał, a ta zbieranina przed nimi… No chyba że to tak specjalnie, dla zmylenia… Tylko po co? Może jednak zboczyliśmy z drogi i weszliśmy na teren, gdzie ma się wydarzyć coś większego? Tylko co tu się większego mogłoby wydarzyć. Uprzedzono by nas, te kilka dni bez radia nie mogło przecież wszystkiego wywrócić do góry nogami! A może mogło…?
To było bez sensu.
– Nie od nas, a jak nie od nas to skąd? – zapytał.
– Estonia, Finlandia… – Eduard odparł ani nie za szybko, ani nie za wolno, a mężczyzna jeszcze raz zmierzył ich wzrokiem od stóp do głów. Spojrzenie miał wybitnie oceniające, takie belferskie – Timo skojarzenie przyszło do głowy automatycznie. Pod takim spojrzeniem normalna osoba chciałaby się skulić, ale zbyt długie przebywanie w towarzystwie Bernharda chyba go na to zupełnie uodporniło, bo nawet nie drgnął.
– Ty z Estonii – odezwał się po chwili i bardziej to było stwierdzenie faktu niż pytanie.
Eduard skinął głową, a mężczyzna uśmiechnął się niemalże triumfalnie.
– Valgę znasz?
– Znam.
– Dobrze? I zastanów się dwa razy, bo od tego zależy, co z wami będzie dalej.
Groźba na końcu zdania była tak wyraźna, że Timo nie potrzebował rozumieć poszczególnych słów. Odruchowo zerknął na Eduarda, ale ostatnim, czego się teraz spodziewał, był von Bock tłumaczący mu tę rozmowę. Ba! Bardzo możliwe, że tamci się jeszcze w ogóle nie zorientowali, że Timo ich nie rozumie. Rozważania, czy to dobrze czy źle odłożył na później, bo i jedno i drugie miało swoje wady i zalety, ale chwilowo tak jakby były przecież ważniejsze problemy.
– Tak uważam.
Eduard zgadywał jaka jest właściwa odpowiedź na pytanie. Gdyby tak bardzo stanie prosto go nie męczyło, gdyby nie te kilka ostatnich dni, to pewnie byłoby mu łatwiej prowadzić tę grę, a tak? Zgadywał i wierzył w swoje doświadczenie. A Valgę znał. Jak mógłby nie znać, nawet jeśli to było pogranicze jego ziem? Znał ją bardzo dobrze. W dodatku wiązało się z nią sporo jego wspomnień i to tych lepszych, że gdyby nie sytuacja i ogólne zmęczenie, to nawet by się uśmiechnął.
– Niedaleko granicy był kiedyś bar, gdzie wszyscy zaglądali; wiesz gdzie? – mężczyzna zapytał.
Eduard zwątpił, Valga nie była może wielkim miastem, ale barów było tam więcej niż jeden zwłaszcza na przestrzeni ostatnich dwustu czy trzystu lat.
– Nie jeden taki tam jest – pozwolił sobie zauważyć.
Mężczyzna jakby stropił się nieznacznie, widząc dziurę w swoim rozumowaniu i bardzo starając się ją na poczekaniu załatać. Tym samym stracił też część ze swojej przewagi, ale Eduard nie czuł, aby specjalnie na tym coś zyskał. Wręcz przeciwnie, bo w końcu załataniem dziury byłoby też rozstrzelanie ich na miejscu i oszczędzenie sobie zmartwień. Jeden Fin i Estończyk mniej niewiele zrobiliby łotewskiej sprawie, a jeśli faktycznie byliby szpiegami, to tylko na lepsze by wyszło, więc generalnie nadal miał wrażenie stania po kostki w bagnie.
– Miała charakterystyczny wystrój.
Eduard zamyślił się nad tą wskazówką, bo tym prawdopodobnie była ta wypowiedź. Charakterystyczny mogło oznaczać setki rzeczy. Zaakcentowanie tego, kazało jego myślom pójść w jakieś bardziej abstrakcyjne strony, gdzie skutecznie odbijały się od różnych ścian w jego pamięci. Więcej już mówił ten uparcie powtarzany czas przeszły. Miała, czyli nie ma. Czyli pewnie jej nie ma. Czy jakikolwiek lokal zniknął z powierzchni Valgi, tak aby to się zapamiętało? Usiłował sobie to przypomnieć i w końcu jakaś zbłąkana, zmęczona i przestraszona myśl podsunęła mu miejsce, o którym właśnie przez dobre wspomnienia nie myślał. Charakterystyczny, bo przesadnie socjalistyczny, lokal, który wyleciał w powietrze albo przez uszkodzony przewód gazu, albo przez bombę – nikt w sumie nie wiedział, ale spisek węszyli wszyscy. Był tylko jeden szkopuł…
– Był jeden taki – zaczął powoli, badając, jak grząskie jest bagno krok dalej, – ale w Valce, nie w Valdze. I nie tak blisko granicy, a dobre dwie przecznice od niej. Mieli tam dobrą kawę, a Pētersone i jego żona byli naczelnymi zbieraczami plotek z obu miast. Wiedzieli wszystko o wszystkim i wszystkich. Oczywiście jeśli to o niego chodzi?
Mężczyzna znowu się zamyślił. Myślenie było tak wyraźne na jego twarzy, że Eduard zastanowił się, czy nie należało użyć więcej trybu przypuszczającego. Była jeszcze opcja, że gdzieś się w czymś pomylił językowo. Znał Łotewski, ale Maleństwo często się śmiało z jego błędów. Brawo Eduardzie von Bock, może właśnie zmieszałeś z błotem żonę tego tutaj… Jęknął w myślach i czekał. Timo tez czekał i z trudem powstrzymywał się od przestępowania z nogi na nogę.
– Tak, o niego – mężczyzna pokiwał głową. – Co tu robicie?
– Idziemy w stronę Ventspils.
– Z tym? – skinął głową w stronę karabinu na ramieniu Timo.
– Różne takie nasze sprawy.
– Wy macie swoje sprawy, my swoje – mężczyzna powiedział powoli, jakby kupował tym sobie dodatkowe kilka sekund, choć przecież był w tej dyskusji górą. Nie musiał robić tego w taki sposób. – Ale załóżmy, że wasz kierunek przynajmniej do jutrzejszego popołudnia nam odpowiada. I powiedzmy, że moglibyśmy was podrzucić, ale dopiero jutro rano, ale to wam nie powinno zrobić dużej różnicy, bo ty dzisiaj już daleko nie pójdziesz. I załóżmy, że w takim razie wcześniej musielibyście się zgodzić pójść z nami, nie patrząc dokąd idziecie. Co byście zrobili?
Eduard wyraźnie zamyślił się. Propozycja wydawała mu się słuszna. No chyba że… dopuścił do siebie jeszcze jeden scenariusz. Ich rozmówcy też mogli nie być tym, kim się wydawali, ale znowu… tutaj… pośrodku niczego, nie obrażając Raivisa? Nie. Raczej nie.
– Wówczas powiedziałbym, że to rozsądna propozycja w zaistniałej sytuacji i bym się zgodził, zwłaszcza że w większej grupie jednak raźniej i bezpieczniej. Zwłaszcza gdy jest się dwójką ludzi o mobilności i wydajności może jednego i ćwierci.
Mężczyzna zmarszczył brwi, ale po chwili roześmiał się zaskakując tym nawet swoich towarzyszy, którzy przyglądali mu się przez chwilę ze zdumieniem na nastoletnich twarzach.
– Kārlis Juris.
– Eduard von Bock.
Mężczyzna spojrzał na Timo, a ten nie potrzebował nawet tłumaczenia Eduarda.
– Timo Väinämöinen – powiedział szybko i podał mężczyźnie dłoń.
Uścisk tamtego był tak silny, że przez moment miał obawy, czy aby na pewno jego dłoń to wytrzyma. A jeśli nie wytrzyma, to jak wielkie będą straty i kiedy będzie mógł znowu strzelać, tak jakby co. Poczuł ulgę, gdy Juris go puścił i zaczął wydawać swoim ludziom polecenia, których on nie rozumiał. Eduard tymczasem odetchnął z wyraźną ulgą. Nie postawiłby korony na swoje szanse ustania jeszcze przez kolejne dziesięć minut. Bez słowa podszedł do najbliższego drzewa i usiadł pod nim. Chwilę później Timo siedział koło niego i wkładał mu w dłoń piersiówkę z wódką, a w kolejnej częstował nią jeszcze Jurisa. W zamian dostali od niego po kawałku suszonego mięsa i łyku jego wódki. Zaczynało się nieźle, bo Timo był pewien, że to właśnie jest początek. Całe negocjacje były przygrywką.
Na krótki czas pośpiech i Ventpils zostały zepchnięte na boczny tor.

Deszcz bębnił o parapet z niezrozumiałym dla niej zacięciem. Jakby mu za to płacili i to na akord. Łubu dubu ciężkich kropel wbijało się w jej myśli i może to nie byłoby takie złe, bo nadmiar myślenia prowadził do snucia zbyt wielu czarnych scenariuszy na raz, ale chciała spać, a one nie pozwalały jej zasnąć.
Wstała z łóżka i podeszła do okna. Ulice Bratysławy były ciemne. Latarnie uliczne nie były niezbędne do życia, więc z oszczędności w zasadzie ich już nie włączano. Innych źródeł światła nie było. Ci co mogli zasnąć już spali, ci co nie mogli ze strachu nie włączali lamp w domach. Oparła się czołem o zimną szybę i poczuła ulgę. Jej namiastkę. Czekanie wykańczało ją bardziej niż skłonna była się przyznać nawet przed samą sobą.
– Jeszcze kilka dni – powiedziała do siebie i poszła do łazienki. Wiedziała, że nie zaśnie, a bezczynne leżenie i patrzenie w skryty w ciemności sufit nie miało sensu. Nie miałoby go także nawet gdyby było jaśniej. Znała jego fakturę już na pamięć. A skoro bezczynność nie miała racji bytu, to trzeba było coś zrobić. Wzięła szybki prysznic i przebrała się. Spodnie, koszula nawet nie jej, ale Feliks ją jej kiedyś pożyczył, bo potrzebowała i jeszcze mu nie oddała. Obiecała, że zrobi to jak wrócą z Josefem. W nieuzasadnionym pośpiechu spięła wysoko włosy, wygrzebała z szafy szalik, który jeszcze przed wojną wymusiła na Josefie. Nie ukrywała tego – truła mu o niego przez dwa tygodnie, aż grzecznie zmiękł. Uśmiechnęła się do tego wspomnienia, gdy wiązała wysokie buty. Zaraz potem schodziła po schodach zapinając ostatnie guziki wiosennego płaszcza.
Szła do urzędu. Tam zawsze było coś do policzenia, przekazania, przesortowania, przetłumaczenia. Zawsze ktoś tam siedział, a w dodatku nikt nie mógł zabronić jej tam być. Próbowali, ale nic z tego nie wyszło. Próbowali nawet nakłonić ja do opuszczenia Bratysławy. Do wyjazdu w jakieś bezpieczniejsze miejsce, bo stolica to w końcu stolica. Wyśmiała ich i kazała iść do diabła. Nie poszli – i dobrze, bo wiedziała, że po prostu martwili się i rozumowali logicznie, a w dodatku lubiła ich – ale też przestali nalegać. Pozostali przy środkach doraźnych. Wiedziała, że gdzieś w okolicy zawsze jest ktoś, kto obserwuje ją z bezpiecznej odległości i choć czuła się z tym niezręcznie, to już nic nie powiedziała.

Szarość zrobiła się jeszcze bardziej szara, choć Raivis nie wiedział jak to możliwe. Nie zastanawiał się również nad tym. Po co? Jaki sens miało rozmyślanie nad szarością? Jaki w ogóle był sens myślenia o otaczającej rzeczywistości? Jaki był sens jej istnienia, gdy nie było nikogo, kto przywiązywałby do niej większą uwagę? Jaki był sens istnienia czegokolwiek, jeżeli nikt nie tracił choć mgnienia, aby to zaobserwować? Po co tu i teraz? I po co to tam w przyszłości? Po co to wszystko, jeśli świat się skończył dawno temu i pozostały po nim tylko wspomnienia, a każde z nich barwne i pełne życia, które już nie istniało…

– Mamy przyjechać, jak tylko będziemy w stanie.
– Yhym.
– Zwykle woda schodzi dość szybko.
– Yhym.
– Ej! – Raivis wszedł na wyższe tony i przytulił się mocniej, jakby samą ta siłą chciał wydobyć z Eduarda coś więcej niż pojedyncze westchnięcia.
– Hymmm?
– Przestań.
– Ech…
– Ty to robisz specjalnie – stwierdził i puścił Eduarda, wręcz się od niego odepchnął i odszedł na kilka kroków. Ręce złożył na piersi i przygryzł wargę w oczekiwaniu na reakcję.
– Słucham?
Eduard spojrzał na niego przez ramię i Raivis nie mógł zrobić nic więcej jak tylko westchnąć. Przez szkła okularów spoglądały na niego zagubione, niebieskie oczy, które jeszcze przed chwilą były gdzieś daleko.
– O czym myślałeś? – Zapytał i podszedł do niego.
– Sam nie wiem.
– Ty nie wiesz? – Zachichotał.
– Yhym.
– Oj, to niedobrze… Jak ty nie wiesz, to kto będzie wiedział?
Wcisnął się pomiędzy Eduarda a okno i zadarł głowę, aby widzieć coś ciekawszego niż guziki jego koszuli.
– Nie wiem…
Westchnął. Melancholia rozlanej za oknem rzeki wlewała się do domu i nie żeby mu to wadziło na co dzień. Lubił taki nastrój. Ot spokój, pozwalający zapomnieć o tym, że tam gdzieś jest w ogóle jeszcze jakiś świat. Jak nie było telefonów komórkowych, to było to jeszcze bardziej prawdziwe, bo fala powodziowa potrafiła skutecznie i na długo załatwić kable telefoniczne… A wcześniej w ogóle nie było telefonów. Ale tego dnia, w tej chwili, czuł potrzebę jakiegoś konkretu choćby w słowie zawartego. Krótkie „nie wiem” Eduarda wprawiało świat w jakiś stań rozchwiania.
– Pomożesz mi posprzątać bibliotekę? – zapytał z nadzieją w głosie.

Pamiętał, że spędzili na sprzątaniu dwa dni, a woda cofnęła się i tak dopiero po czterech i wtedy wyjechali do Taurysa. Nim tam dotarli, wszyscy już wiedzieli o powodzi i nasłuchali się za to, że od razu nie powiedzieli i w ogóle. Zwłaszcza Eduard się nasłuchał, co Raivisa wtedy bawiło, bo to on za każdym razem odbierał telefon i to okolica jego domu została zalana… Jak niemal co roku zresztą. Miał przed oczyma tamte dni tak wyraźne, jakby ledwie co minione. Czerwień drewnianych ścian, swój śmiech, poirytowanie Taurysa, rozbawienie Feliksa, niebieskie oczy…
Rozpłakał się płaczem bez łez, bo ich też już nie było. Jaki był sens tego wszystkiego?

Jechali w milczeniu. Prowadził Josef, a Erzsébet siedziała obok niego. Taurys siedział za nią – byle dalej od Josefa. Nie odezwali się do siebie ani jednym słowem od tamtej bójki, a ich milczenie zagęszczało powietrze tak bardzo, że strach było wziąć głębszy oddech, bo miało się wrażenie, że zapcha on człowieka niczym kawałek szmaty wciśnięty do gardła. Raivis znowu był na kolanach Taurysa. Oczy miał zamknięte, więc może zasnął, ale o nie czyniło większej różnicy. Olena patrzyła przez okno na powoli tonące w zmierzchu drzewa. Czekali znacznie dłużej niż trzy godziny i to nie dlatego, że którekolwiek na to nalegało. Po prostu, żadne nie wstało i nie powiedziało „jedziemy” dopóki nie zaczęło się ściemniać. Wraz z odchodzącym dniem świadomość, że muszą ruszyć dalej, bo jeśli tu zostaną, to wszystko okaże się zupełnie pozbawione sensu, przebiła się do ich rzeczywistości. Więc pojechali i nikt się nie kłócił. Taurys się uspokoił, Josef chyba też. Olena cieszyła się tym w myślach. Obracała w nich ten mały fakt, że chociaż pozornie jakoś się to ułożyło, bo to było coś dobrego, a w ostatnich miesiącach takie rzeczy rzadko się jej przytrafiały. Ceniła je, chwytała się ich i trzymała tak długo dopóki nie poszły na dno. Wtedy walczyła dalej o kolejny dzień, ale teraz bała się, że to nie wystarczy. W pozorny spokój wkradały się myśli tak usilnie spychane na bok. Boże, kiedy wróci do Lwowa, to co tam zastanie? Co się tam wydarzyło? Co się wydarzy? Czy zielona kamienica, którą tak lubiła będzie nadal stała, czy została zniszczona? A jeśli została zniszczona, to przez kogo? A jeśli przez Niego? Albo przez Nią? Jeśli będą tam na nią czekać i on podejdzie do niej, i tym swoim dziecięcym głosem zapyta ją, dlaczego się opiera, przecież on by ją ochronił, a tak musiał zniszczyć jej ukochaną kamienicę, bo zabarykadowali się w niej jego wrogowie. Ludzie, którzy byli również jej wrogami i których on zabił, więc dlaczego nie pójdzie z nim? Co mu wtedy powie? Jak mu wyjaśni, że obecnie on jest jej wrogiem w takim samym stopniu jak oni. A może nawet bardziej, bo oni są jednak obcy, a on jest rodziną…
– Oluś…
Podniosła wzrok z własnych kolan na Erzsébetę. Uśmiechnęła się słabo i pozwoliła się chwycić za dłoń. Hardevery ledwie mogła jej pod tym kątem sięgnąć, ale mimo wszystko udało się zacisnąć palce wokół jej i zawrzeć w tym geście tyle niemego wsparcia, że Olena zorientowała się, że płacze.

Kiedyś łudził się, że się do tego przyzwyczai i tyle. Nie żeby koniecznie mu zależało, na ponawianiu doświadczeń wracania do przytomności z tym i owym połamanym, ale to samo tak wychodziło. Finalnie jednak nie przywykł i teraz nie wiedział, czy nie wolałby pozostać nieprzytomnym jeszcze jakiś czas. Tak z pięć minut, albo piętnaście. Tylko świadomość, że nie za bardzo ma na to czas zmusiła go do podjęcia wysiłku otworzenia oczu. Świat zaatakował go nawet niezbyt agresywnie, bo słońce było już niżej niż wyżej, co było zarówno plusem jak minusem. Nie wiedział ile tu leżał, ale długo.
Ciesz się, że w ogóle żyjesz – zasugerował sobie w myślach, bo powiedzenie tego na głos go przerastało. Coś przygniatało go do ziemi, choć wbijało w nią było nawet bardziej adekwatnym określeniem. W sumie może to była jakaś sugestia, że powinien był pójść do piachu, a znów się wywinął – nie żeby miał coś przeciwko owemu wywinięciu się. Na razie jednak okroił swoją radość i spróbował się poruszyć. Niespecjalnie mu to wyszło. Ciężar na jego plecach gibnął się nieco, co dało mu wyobrażenie czymże jest, ale zrzucić się nie dał. Za to jego żebro dość jasno dało do zrozumienia co myśli o takim traktowaniu. Ból w ułamku sekundy rozprzestrzenił się po całym ciele, przed oczami wykwitły mu czarne kwiaty, a świadomość dała drapaka.
Gdy wróciła zapadał zmrok. Ciężar wgniatający go w ziemię nie zelżał ani odrobinę, ale on sam miał wrażenie, że odzyskał trochę sił. Mogło mu się to tylko wydawać, ale nie zamierzał tracić energii i czasu na zastanawianie się nad tym. To, że w ogóle ktoś go jeszcze stąd nie zgarnął świadczyło jedynie, o kiepskiej organizacji wojska, ale nic nie mogło trwać wiecznie.
Nauczony poprzednim doświadczeniem spróbował się podnieść wspierając się na drugim ramieniu. Ciężar na nim znowu się gibnął i tym razem Feliks nie czekał na to, co z tego gibania wyniknie, a tylko zacisnął zęby i szarpnął się do przodu.
– Kurrrrwa.
Świadomość rzuciła się do ucieczki, ale udało mu się ją zatrzymać. Kolejny ruch wykonał już ostrożniej. Przesuwający się ciężar wskazywał mu położenie kolejnych potłuczonych czy połamanych kości i bynajmniej go to nie cieszyło. Stracił już pół dnia, a teraz docierało do niego, że te drobne kilka kilometrów do przytuliska drwali, to tak naprawdę całkiem spory kawałek, którego przebycie zajmie mu od cholery czasu, a przecież nie będą na niego czekać. Nie będą, bo to byłoby nierozsądne, a w końcu jest tam Josef, więc rozsądek ma swego reprezentanta. I nawet go to nie irytowało. Podświadomie nie chciał, aby przez niego ryzykowali. Lepiej niech pójdą, a on ich jakoś dogoni. Ma w końcu swoje szczęście… O ile nie zostanie ono tutaj, przygniecione do ziemi… Szarpnął się ostatni raz.
Siedział na ziemi oddychając powoli i patrząc na zwłoki, które do niedawna leżały na nim. Rosły żołnierz faktycznie zrobił mu za tarczę – wystający z jego pleców kawałek szlabanu dość dobitnie o tym świadczył. Feliks przełknął powoli ślinę. Do takich widoków też się nie przyzwyczaił, a przecież widywał je już tyle razy. Rozejrzał się. Z wartowni pozostał fundament i fragmenty drewnianych ścian sterczące nie wiadomo po co; reszta była rozrzucona w około. Powbijana w ziemię, powbijana w auta, w ludzi. Pod resztką ściany leżały zwłoki wartownika, który sprawdzał jego dokumenty. Twarz zastygła mu w wyrazie zaskoczenia. Gdyby nie niemal oderwane ramię wyglądałby nawet zabawnie. No i te wykrzywione nogi. Jedna musiała być złamana. Coś ostrego – kość? – wbijało się w nogawkę spodni, tworząc na niej szpiczasty wzgórek w co najmniej absurdalnym miejscu. Przyglądał mu się dłuższą chwilę nim w ogóle zorientował się, że to robi. Nie wiedział nawet o czym przez ten czas myślał.
Spojrzał na własne nogi. Czuł je obie, ale jedna paskudnie spuchła. Spróbował wstać. Nakazał sobie zrobić to powoli, a i tak zakręciło mu się w głowie, a żołądek wywrócił do góry nogami. Zatoczył się, gdy opuchnięta noga miast podparcia zapewniła mu jedynie fale mdlącego bólu. Marna próba ratowania równowagi skończyła się jedynie wywróceniem się nie na kamienny próg, a na zwłoki wielkiego żołnierza.
– Znowu ratujesz mi kości – prychnął śmiechem. Wcale nie chciał na niego upadać, samo tak wyszło, ale gdyby upadł na próg, czy na ziemię, to pewnikiem znowu by stracił przytomność, więc… – Dzięki stary.
Rozejrzał się ponownie, już nie zwracając uwagi na trupy i zniszczenia, a na rzeczy, które mogły mu się przydać. Wstanie i upadek dostarczyły mu dużo cennej wiedzy. Paradoksalnie to drugie więcej. Cokolwiek było z jego prawą nogą, stanowiło problem największy i trzeba było temu zaradzić. Reszta to były stłuczenia, obtarcia; no pomijając żebra, ale nimi się nie przejmował. I tak nic na nie nie mógł poradzić. Więc noga. Desek skolka ugodno, łupki ma z czego zrobić, zwiąże je paskiem własnym albo cudzym.
Zerknął na żołnierza pod wartownią.
– Tobie i tak się już nie przyda, co nie? – zapytał. – A mnie przyda się cholernie, więc rozumiesz. Tylko pasek i jakiekolwiek leki przeciwbólowe które możesz mieć po kieszeniach, hieną cmentarną nie jestem. Naprawdę…

c.d.n.

Trzy słowa objaśnienia, czyli mała notka geograficzna
Valka i Valga to dwie miejscowości na pograniczu estońsko-łotewskim. Niegdyś było to jedno miasto, stąd w języku polskim zarówno Valka jak i Valga są określane nazwą Wałk – poniekąd też dlatego używam nazw łotewskiej i estońskiej, a nie polskiej. Po polsku brzmiałoby to co najmniej dziwnie. Więcej ciekawego o nich chyba z głowy powiedzieć nie mogę. Hymmm w Valdze jest duży węzeł kolejowy… No jest. xD[/size]

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s