Wojenka – III

„Brzegi rozejdą się w dół rzeki
zerwane mosty braknie łódki
więc nie dojdziecie na brzeg morza
co będzie brzegiem tej wędrówki. ”
Grzegorz Turnau „Wędrówka”


Przestało padać, ale nie wyszło słońce. Było zupełnie tak, jakby niebo wyschło i choć chciało, to nie mogło spuścić na ziemię już ani jednej kropli. Wyschnięta na wiór wata przesłaniała błękit od horyzontu po horyzont i myśl, że tam za nią może być coś takiego jak błękit, jak piękne niebieskie niebo, przerażała własną absurdalnością. Drapała w gardle i wywoływała przerażający chichot. Raivis siedział wciąż w tym samym miejscu i śmiał się charczącym śmiechem, którego sam nawet nie słyszał. Niebieskie niebo… Niebieski, co to był za kolor? W tym świecie czarnego błocka, trupów nim oblepionych, nieba w stal przybranego, czarnej zwęglonej stodoły i krwi barwiącej kałuże, kolor niebieski był abstrakcją. Bytem wyimaginowanym. Nierealnym. A jednak gdzieś, na dnie myśli, czaiła się sugestia zrozumienia. Gdzieś tam tkwił ten kolor. Trzeba było tylko po niego sięgnąć. Łaskotał opuszki palców wyciągniętych myśli. Drażnił je. Droczył się z nimi. Podchodził i uciekał jak szczeniak. A gdy był już tuż, tuż, gdy zrozumienie nieistniejącego koloru było kwestią chwili… Szczeniak ugryzł i łzy spłynęły po policzkach nowym potokiem. Niebieski jak morze, niebieski jak niebo, niebieski jak oczy…
Skulił się w sobie i schował twarz w dłoniach. Jeden odcień niebieskiego zalewał mu myśli, spoglądał na niego i na nie, a spojrzenie to owijało się sznurem wokół piersi i wyciskało z niej powietrze. Nie pozwalało uciec w bezduszną ciszę zapomnienia.
Pod wyschniętym niebem na nowo zerwał się wiatr szepcząc zasłyszane słowa.
Zasadzka skontaktujemy cholera później cholera ilu zasadzka
Chciał się obudzić, ale nie potrafił.

Jechali w milczeniu i tylko ciężarówka hałasowała niczym potępieniec, ale może tak było lepiej. Warkot, trzask, brzęczenie i wszystkie inne dźwięki zagłuszały myśli, uniemożliwiały rozmowę. W innym razie trzeba by było chociaż spróbować, a tak?
Taurys bezwiednie oplatał włosy Raivisa wokół swoich palców, nieświadom, że zazwyczaj kto inny tak robił. Ale nawet, gdyby wiedział, to teraz Raivisowi było to obojętne, a on czuł się tak bezgranicznie bezsilny w tym wszystkim, że mu to pomagało. Miał dość tej wojny bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a mógł tylko siedzieć w rozklekotanej ciężarówce i dać się wieźć gdzieś tam na zachód, jakby to mogło w jakikolwiek sposób jeszcze pomóc. Bo nie mogło… Nie mogło i tyle, był tego w sumie pewien. Wszystko straciło sens, bo w końcu ich wszystkich wybiją, a potem będą mówić, że to były ofiary konieczne dla zwycięstwa słusznej sprawy, ale jakie to dla nich będzie miało znaczenie?
Zatrzymali się przed mostem. Erzsébet coś mówiła, ale nie słuchał. Objął mocniej Raivisa. Dla niego nie miało to żadnego znaczenia. Taurys był pewien, że Raivis wiedział o Eduardzie. Wiedział, że miał do nich dołączyć. Może nawet wiedział coś jeszcze, ale co z tego? Eduarda tu nie było, wniosek był jeden. Wątpił, żeby Raivis w ogóle kiedykolwiek miał jeszcze coś do powiedzenia w jakiejkolwiek sprawie i to budziło w nim gniew. Małą iskierkę na dnie myśli, która gotowa była zapłonąć i spalić go, ale nie pchnęłaby go do żadnego czynu. Nie było sensu porywać się na wielkie siły, z którymi i tak nie miało się szans. Można było się bronić z obu stron, ale w sumie… Irytowała go jego własna bezsilność. Trzęsła się w nim pamięć dawnych dni, gdy wydawało mu się, że naprawdę coś znaczył. Wtedy mógł COŚ zrobić, a teraz?
Pogłaskał Raivisa po policzku i przytulił go. Raivisovi nie robiło to różnicy, ale dla niego znaczyło wiele. Westchnął w jego włosy i tylko w ten nikły sposób dał upust własnej bezradności.
Z przodu, za kierownicą, Erzsébet zastanawiała się, jak idą rzeczy na południu. Czy wszyscy dają tam sobie bez niej radę i czy zdąży wrócić na czas – cokolwiek to miało oznaczać. Myślała o moście, który właśnie przejechali. O szczęśliwym przypadku, że coś tak zaabsorbowało żołnierzy, że nawet nie byli zbyt dokładni w sprawdzaniu dokumentów. O drodze jaka jeszcze przed nimi została. O Eduardzie nie myślała. O Timo też. Byli rodziną, choć daleką, ale to jej wystarczyło, aby wiedzieć, że wszystko się ułoży. Nie mieli może szczęścia, którego czasami zazdrościła Feliksowi, ale dysponowali uporem i siłą, a to musiało pomóc. Musiało.
Gdzieś z tyłu rozległ się wybuch.
Chociaż to wyszło. To już było coś.

Zmierzch zapadł wcześnie. Za wcześnie ich zdaniem, pomimo świadomości, że i tak dni powoli stawały się coraz dłuższe. Mieli zamiar iść również nocą, ale najpierw trzeba było odpocząć. Eduard nawet się z nim o to nie kłócił. Po prostu położył się na ściółce i oddychał głęboko kontemplując ból pękniętego żebra, potłuczonej nogi i barku z którym nie wiedział co się w sumie stało i wolał nie wnikać. Bolało. To wystarczyło. Obok niego Timo próbował rozpalić ognisko i nie puścić zarazem wszystkiego z dymem. Nie padało już dłuższy czas.
– Żyjesz.
– Taaaa – westchnął Eduard, ale nawet oczu nie otworzył. – Ale co to za życie…
– Twoje własne. Będzie dobrze.
Eduard roześmiał się i syknął, bo żebro powiedziało mu co myśli o takim traktowaniu.
– Mam deja vu, ale takie odwrócone.
Tym razem to Timo westchnął nad powoli rozpalającym się płomieniem. Podzielał owo wrażenie i wcale go to nie cieszyło, bo było nad wyraz realne. Co prawda znalazłoby się chyba więcej różnic niż podobieństw, ale analogia istniała nadal.
– Śnieżyło przez cztery dni i gdyby się w końcu nie ociepliło, to zostalibyśmy w tamtym domu dużo dłużej – powiedział, przywołując wspomnienia sprzed kilku miesięcy, kiedy to on był tym, który powinien był się nie ruszać.
– To nie było problemem. Z tych czterech dni ty trzy przeleżałeś w zasadzie bez kontaktu z otoczeniem. Gorzej jakbyśmy się podusili.
Timo wzdrygnął się. To nie było miłe wspomnienie, podobnie jak nie było miłe zostać naszprycowanym ołowiem, ale cóż… Z perspektywy kilku miesięcy chciało mu się powiedzieć: nie pierwszy i nie ostatni raz. Uśmiechnął się pod nosem, ale to nie był wesoły uśmiech.
– Nie zdążymy. – Eduard ni stąd, ni z owąd zmienił temat.
– Zdążymy – zapewnił Timo, choć już wcześniej przeliczył kilometry i dni.
– Cudem może, ale cuda –
– Zdążymy, nie takie rzeczy nam się udawały – przerwał mu i Eduard już do myśli nie wrócił. Nie było sensu się kłócić, skoro Timo się uparł. W końcu, jeśli ktokolwiek miał sobie z tego zdawać sprawę, to właśnie on. Znał go dłużej niż ktokolwiek inny. Poza tym była jeszcze druga strona medalu. Zdążą czy nie, jakie to miało znaczenie? Po prostu trzeba było iść. Uda się lub nie, ale przecież nie zatrzymają się tu i nie zaczną czekać na niewiadomo co. To było najgorsze, co by mogli zrobić. Wręcz bał się zatrzymać, przestać myśleć o tym co będzie, przestać planować, składać te wojenne puzzle i zacząć się zastanawiać nad tym co było, rozkładać to na czynniki pierwsze i dochodzić nieodmiennie do wniosku, że jest źle. Było źle, a pewnie będzie gorzej. Uśmiechnął się.
– O czym myślisz?
– O niczym – odpowiedział automatycznie.
Timo parsknął śmiechem, co zupełnie nie pasowało do szarej wizji stagnacji, jaka na moment zagnieździła się w głowie Eduarda.
Viro, jak nastanie dzień, kiedy ty będziesz myślał o niczym, to będzie oznaczało, że świat się skończył –
– Może właśnie się kończy? – Wszedł mu w słowo.
– Cichaj! – Timo spiorunował go wzrokiem i poprawił starym żołędziem rzuconym w jego stronę.
Eduard mimowolnie uśmiechnął się, jakby to miało tłumaczyć, że przecież tylko żartował. Że wcale tak nie myśli i to nie tylko dlatego, że żołądź trafił go idealnie w to żebro, które bolało go najbardziej. Tak. Świat się zdecydowanie nie kończył, przynajmniej na razie. A nawet jeśli, to mieli ważniejsze rzeczy do roboty.
– Możemy spróbować pójść jeszcze bardziej na zachód – odezwał się, a w jego głosie słychać było pewność tego co mówi. – Tam były jakieś małe miejscowości. Może ktoś tam został i uda nam się zdobyć jakiś środek transportu. A jeśli nie, to nadłożymy może pół dnia drogi, to nas nie zbawi. I tak wiele ich jeszcze przed nami.
Timo położył się obok niego i westchnął. Powietrze pachniało lasem zupełnie nie pomne na wojenną zawieruchę.
– Może być na zachód.

Erzsébet zwolniła i skręciła w jeszcze bardziej nierówną drogę. Miała nadzieje, że się nie pomyliła. Mapa tak wyraźnie widoczna w jej myślach jeszcze godzinę temu, teraz zaczęła zacierać się przez wątpliwości. Przez moment miała nawet ochotę zapytać pozostałych, czy nie pamiętają lepiej, ale zrezygnowała. Olena siedziała obok niej i sprawiała wrażenie kłębka nerwów, nie potrzeba jej było jeszcze dodatkowej niepewności, a Taurys… Zerknęła ponownie w lusterko, ale nic się w nim nie zmieniło. Laurinaitis siedział tak, jak poprzednio i wpatrywał się w drzewa za oknem. Raivis na jego kolanach wyglądał jakby spał.
Wolałabym aby tak było – pomyślała i z powrotem zapatrzyła się na drogę – ścieżkę niewiele szerszą od półciężarówki. Jeszcze kilka dni – myślała. – Jeszcze tylko kilka dni i wrócę do siebie… Wiedziała, że to egoistyczne, ale wojna nie sprzyjała altruizmowi. Ci którzy się nań silili finalnie wychodzili zwykle z zamieszania w najgorszej formie. Czytając o tym trudno było zachować wiarę w sprawiedliwość na świecie, a ona nie musiała czytać. Widziała to.
Półciężarówka podskoczyła, zjechała z pagórka, zawyła, gdy musiała podjechać pod kolejny i stoczyła się z niego z wyraźną ulgą na widok wkopanej w ziemię pseudo ziemianki z ciężkich bali drewna. Dotarli i Erzsébet nie wiedziała, czy w ogóle się z tego cieszy.
Josef stał przed schroniskiem drwali i patrzył w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Gdy Erzsébet wysiadła nie ruszył się ani o krok, a skinął jedynie głową. Nie był zaskoczony ich przyjazdem, ale czemu w ogóle miałby być? Wiedział, że jadą, słyszał wybuch, a i samą ciężarówkę pewnikiem słyszał już od jakiegoś czasu. A jednak Erzsébet w duchu liczyła na nieco więcej optymizmu z jego strony. Może Feliks miał rację, twierdząc złośliwie, że jego bratu wesołość kończyła się na melodii języka.
– Gotowi? – zapytała podszedłszy bliżej, zostawiając za sobą wciąż hałasujący silnik ciężarówki (zgaszenie go jakoś jej nie przekonywało; wobec tych wszystkich jęków, trzasków i zgrzytów, którymi zapełniał powietrze, bała się, że kolejny raz nie odpali).
Skinął w odpowiedzi i wrócił się po swój plecak. Wszedł i wyszedł, a Elizavietta poczuła, że znowu coś jest nie tak. Usłyszała jak, skrzypiąc przeraźliwie, otwierają się drzwi półciężarówki i następuje jakieś przemieszczanie się – nie odwróciła się aby spojrzeć; patrzyła na Josefa metodycznie sprawdzającego w plecaku, czy niczego nie zostawił w ciemnym i wilgotnawym wnętrzu przytuliska. Usłyszała jeszcze jak ktoś zeskakuje na ziemię, choć w sumie może bardziej się tego domyśliła. To musiał być Taurys. Olena do skakania z tych stopni nie miała warunków. A jeśli wyszedł Taurys, zostawiając Raivisa z Oleną, to cokolwiek zostało powiedziane w środku musiało go poruszyć. Wzięła głęboki wdech i z trudem kazała swoim myślom uciszyć się na chwilę, a nie jazgotać jak stado przekupek na cotygodniowym targu w takiej małej wiosce pod Szolnok na który lubiła zaglądać. Uwielbiała to wręcz, ale teraz była wojna i targ, choć wciąż się odbywał, przestał być pogodnym i barwnym miejscem. Myśli niechętnie przystały na jej wymagania i w końcu była w stanie sformułować konkretne pytanie. Podświadomie zaciskając dłoń na krawędzi kurtki i marszcząc czoło otworzyła usta, ale nie zdążyła.
– Gdzie jest Feliks?
W głosie Taurysa pobrzmiewała twarda nuta. Nie pytał po dobroci, a oczekiwał odpowiedzi tu i teraz. Dziwnie się tego słuchało. Dziwnie się też na niego patrzyło. Stał kawałek za nią, trochę w bok – musiała się nieco odwrócić. Wyglądał źle, ale nikt z nich nie wyglądał dobrze, a on był po prostu niemożebnie zmęczony. Zmęczony wojną, zmęczony tą eskapadą, zmęczony wewnętrznie niepewnością o Raivisa.
Spojrzała na Josefa, który na moment przerwał przeglądanie zawartości plecaka i wciąż kucając spojrzał na Laurinaitisa, jakby zastanawiał się, czy w ogóle go usłyszał, czy mu się przesłyszało. Musiało to być naprawdę wymowne spojrzenie, bo Taurys pytanie powtórzył i to wolniej i wyraźniej.
– Nie wiem.
– Słucham?
Nie podobała się jej ani obojętność jednego, ani poirytowanie w głosie drugiego. Dość mieli kłopotów z zewnątrz, aby teraz…
– Nie wiem. Kilka godzin temu powiedział, że sam zajmie się mostem i mniemam, że to zrobił. Ja go nie widziałem.
Coś w powietrzu zadrżało, a może zadrżało jedynie w niej. Erzsébet nie była pewna.
Jak rzadko w ostatnich dniach, Taurys był.
– Jak wysadzić? – zapytał, choć miał w głowie pewne wyobrażenie.
Boże, znał Feliksa nie od dziś! Więcej! Podejrzewał, że nawet jego własne rodzeństwo w osobie Michaeli, Josefa i niemalże pomijając już Ludowita, wiedziało o nim mniej. Naprawdę mógł sobie wyobrazić, jaki mógł być plan Feliksa. Widział ten most, tę rzekę. Tam nie dało się podejść w nocy, zaminować podporę i zdetonować zdalnie później. Potrzeba było czegoś bardziej skomplikowanego, a to u Feliksa zawsze było zaprawione niepotrzebnym ryzykiem. To było u Łukasiewicza nieświadome, a wszystkich w około przyprawiało o nerwicę aż do granicy wytrzymałości. Taurys przez lata myślał, że już tę granicę przekroczył i mniej lub bardziej ma te Łukasiewiczowe wyskoki gdzieś, ale właśnie zrozumiał, że się mylił. Czuł jak paznokcie wbijają mu się z skórę dłoni od zbyt mocnego jej zaciskania. Patrzył na Havla wyczekująco, a wzajemne podobieństwo braci szarpało napiętą strunę jego nerwów.
Erzsébet miała ochotę wrócić do szoferki i nie usłyszeć niczego więcej, ale nie ruszyła się z miejsca.
– Normalnie. Ciężarówką z materiałami wybuchowymi z zapalnikiem czasowym. – Josef w myślach sam zdziwił się jak łatwo przeszło mu to szaleństwo brata przez gardło. Zaraz potem jego wewnętrznym spokojem zachwiała myśl, że teraz mówił to Laurinaitisowi, który naprawdę go zbytnio nie obchodził. Był i tyle. Jednak za tydzień, góra dwa, będzie musiał to opowiedzieć Michaeli i to będzie zupełnie co innego. Bo jedno Litwa, a drugie Słowacja.
Taurys w myślach rozgrywał całą tę akcję z różną dozą szaleństwa w planie. Od puszczenia ciężarówki pędem z zablokowanym pedałem gazu, po wjechanie nią samemu na most i… Nie musiał pytać. Po prostu wiedział, ale i tak się odezwał.
– Nie pytałem czym, a jak. Jak ciężarówką?
– Wjeżdżając nią na most.
– Minęliśmy się na moście z jakąś ciężarówką, ale to była wojskowa i wyglądała tak, jakby coś się w niej zepsuło – Erzsébet odezwała się nim Taurys zdołał zadać kolejne pytanie. – Albo nie jakby, tylko na pewno. Jedno koło pod szoferką było pod takim kątem, że nie uwierzę, żeby to normalne.
– Pęknięta oś – powiedział Josef odruchowo.
Dla Erzsébet było to mętne określenie problemu, ale wyraz twarzy obu mężczyzn świadczył aż za dobrze o tym, że informacja ta dla nich znaczy więcej niż dla niej. Pęknięta oś pozwalała zatrzymać auto na moście bez wzbudzania podejrzeń. Pozwalała je tam zostawić na dłuższy czas, bo nie dało się go po prostu odtoczyć czy odciągnąć. Dłuższy czas daje szansę na oddalenie się. Z drugiej strony daleko się nie odejdzie, tyle co do wartowni, bo próba pójścia dalej byłaby nieuzasadniona.
– Widz –
– Gdzie –
Zaczęli równo i równo przerwali, a ona tylko mogła spojrzeć na jednego, a potem drugiego bez zrozumienia.
– W którym miejscu na moście była ta ciężarówka?
Josef spojrzał na Laurinaitisa nieco niechętnie, bo skoro jechał tym mostem, to chyba powinien sam był to widzieć. To auto nie było takie małe, aby go nie zauważyć. Erzsébet nie skomentowała tego, a on bardziej był ciekaw jej odpowiedzi niż Litewskich wyjaśnień.
– Za połową – powiedziała i zdała sobie sprawę z nieokreśloności tej wypowiedzi. – Za połową patrząc z punktu widzenia naszego kierunku jazdy. Ale nie widziałam tam Feliksa.
Co nie oznaczało, że go tam nie było, lub nie było go gdzieś dalej. Przy wartowni, w wartowni – Taurys dopowiedział to sobie sam. W zasadzie wszystko było już oczywiste. Z ciężarówką na moście, Feliks też musiał na nim być. Bez względu na to ile tam stał i tak nie oddaliłby się bardziej.
Coś się w Laurinaitisie skręciło. Sama ta wojna, Raivis, teraz Feliks… Jakby te ostatnie tygodnie nie były dostatecznie złe. Jakby koniecznie ktoś musiał go dobić, bo czemu nie? To, co wcześniej jedynie siedziało w nim i tylko nieznacznie dawało o sobie znać, teraz o wiele mocniej zaczęło domagać się jego uwagi. Spojrzał na Josefa i po prostu wiedział, że doszedł on do tych samych wniosków co on. To nie było trudne. Ba! Wiedząc czym dysponują i znając Feliksa, Josef powinien był wiedzieć, że tak się to skończy i to była tylko połowa sprawy.
– Pozwoliłeś mu na coś takiego?
Chciał to powiedzieć twardo, ale głos złamał mu się po pierwszej sylabie. Lata powtarzania, że było minęło i teraz nie są niczym więcej jak kolegami, poszły do kosza. Koledzy czy nie, martwić można się było tak samo, a reszta była już tylko sumą charakteru i nawyków przemnożoną przez to zmartwienie.
– Pozwoliłeś, aby pojechał tam i tak po prostu sam siebie…
Nie dokończył, bo nie potrafił tego powiedzieć głośno. Nie musiał. Josef rozumiał. W zasadzie przecież wiedział od początku, tylko co miał zrobić?!
– Miałem go przywiązać do drzewa? – Zapytał twardo. – Dać mu w ten jego pusty łeb i wierzyć, że to mu przyprawi rozumu? – Wstał i otrzepał spodnie, choć nie było takiej potrzeby. – Zacząć go prosić? – Prychnął. – Mamy wojnę, a poza tym może mi powiesz, że mój durny brat dałby się przekonać?
Boże! Nie dałby się – Taurys o tym wiedział, ale nic go to nie obchodziło. Dałby czy nie, to można było chociaż spróbować, ale teraz był pewien, że Havel nawet nie zrobił. Jedź i się zabij, wolna droga. Szaleńcy!
– Pozwoliłeś mu – powiedział powoli i cicho. – Po prostu pozwoliłeś, jakby cię to nic nie obchodziło – dodał i zaczął powoli iść. – Może cię, to faktycznie nie obchodzi. Nigdy nie obchodziło, a Feliks zawsze miał zupełną rację, mówiąc, że jesteś zwykłym egoistą.
Erzsébet czuła, że powinna się odezwać. Powiedzieć coś, co uspokoi atmosferę, ale wątpiła, że takie coś w ogóle istnieje. Mogła tylko stać i słuchać. Patrzeć jak Havel ani drgnie, gdy Laurinaitis chwyta go za kurtkę od munduru i zabija wzrokiem – coś w ogóle abstrakcyjnego i gdyby nie widziała, to by nie uwierzyła. Patrzeć, jak Havel nie spuszczając wzroku zaciska dłoń na nadgarstku Laurinaitisa. Słuchać, jak Taurys cedzi kolejne słowa.
– Inni obchodzą cię tylko wtedy, gdy mogą ci się na coś przydać. I nie ważne dla ciebie, co to oznacza dla nich. Nie ważne czy są zupełnie obcy, czy są twoją własną rodziną. Tylko ty, ty i ty… Może to u was rodzinne? Może Feliks też taki był. Bo Lwów jego, bo… – przełknął powoli ślinę i Erzsébet zadrżała w środku, bojąc się tego co może zostać wypowiedziane. – Że całe kresy jego, że Wilno jego… Ale to kiedyś było choć w części jego i powtarzał to nie ze zwykłej pazerności, a z tego jego sentymentu i tęsknoty. I to i tak było irytujące. Ba! Wkurzające. Tak, ale tak tylko trochę, gdy się nad tym zastanowiło. Powinien był się liczyć z tym, co inni czują, gdy tak gadał i gadał, ale chociaż nie robił tego wszystkiego w złej wierze. Na początku może, ale potem to już był ten cholerny sentyment i, przy wykazaniu dobrej woli, można go było zrozumieć. Ty zaś doprowadziłeś to „moje, moje, moje” do perfekcji. To nie ważne: co było, z kim było i gdzie! Tylko to twoje pieprzone będzie. Gówno cię obchodzi, co będzie z innymi, byle twoje wypłynęło na wierzch tego bagna! Teraz znowu jest twoje. Mostu nie ma, a ty nawet nie draśnięty. Nic! Pojedziesz sobie do domku i będziesz szczęśliwy, że znowu twoje na wierzchu! Że jesteś cały! Bo co cię to wszystko, co nie?! Po cholerę w ogóle tu jesteś?! Siedź sobie w tej swojej Pradze i tylko skacz z frontu na front, i się dogaduj to z jednymi to z drugimi! A może już to robisz, a to tu, to jakieś pozory! Albo po prostu nas wszystkich wykończysz nim gdziekolwiek dotrzemy i w zamian ci stolicy nie ruszą i będzie potem, jakiś to był mądry, że wyszedłeś cało z tego wszystkiego!
Josef słuchał tego i zastanawiał się czy jemu prędzej puszczą nerwy, czy Laurinaitis skończy. Istniały pewne granice zarówno w jego postępowaniu, jak i w tym, czego był skłonny wysłuchać od innych. I nawet biorąc poprawkę, na okoliczności, na wojnę, stres, zmęczenie i wszystko inne Laurinaitis dawno już tę wyimaginowana linię przekroczył. Może mu się skumulowało, może musiał się wykrzyczeć, ale Josef swój honor miał i nie widział powodu, aby pozwalać się mu na sobie wyżyć.
– A niech ci te Hradczany obrócą w perzynę, wiesz?! Zasłużyłeś!
Zacisnął mocniej dłoń na nadgarstku Laurinaitisa, ale ostrzeżenie przeszło niezauważone. Kolejne trafiło Taurysa w brzuch, sprawiło, że puścił kurtkę Josefa i przewrócił się na ziemię.
– Przestańcie! – Erzsébet wbiegła pomiędzy nich i spiorunowała spojrzeniem najpierw jednego, a potem drugiego. A przynajmniej miała nadzieję, że udało się jej to zrobić. Że pozyska na chwilę ich uwagę nim skoczą sobie do gardeł. Mieli dość problemów. Mogliby nimi wielu obdzielić i naprawdę nie potrzebowali kolejnego. Ona nie potrzebowała. Była na skraju wytrzymałości i desperacko starała się nie spaść z tej krawędzi, a oni jej tego nie ułatwiali. Zamiast stanowić choć cień wsparcia, jedynie popychali ją dalej.
– Przestańcie! – powtórzyła. – Nie widziałam tam Feliksa, nikt z nas nie wie, co się tam dokładnie stało, więc do prostytutki biedy nie przesądzajcie sprawy, bo mówimy tu o Feliksie! – Chwyciła się z całych sił tej myśli. – Powrót na most to szaleństwo, ale to tylko godzina, dwie piechotą, więc poczekamy trzy, a potem pojedziemy. Powoli. Zrozumiano?!
Milczeli.
– Damy mu szansę i będziemy dawać tak długo, dopóki nie będziemy mieć absolutnej pewności, że tej szansy nie ma. Tak?
Taurys powoli wstał. Wyglądał nieco spokojniej, co nie znaczyło, że lepiej. Wręcz przeciwnie. Ta krótka chwila gniewu sprawiła, że jego zrezygnowanie stało się jeszcze bardziej widoczne. Josef skinął potakująco głową i cofnął się pod ścianę przytuliska. Wyciągnął z plecaka zniszczoną książkę i zaczął ją czytać. Erzsébet miała ochotę go uderzyć, ale jedynie odwróciła się i wróciła do półciężarówki. Olena siedziała na miejscu Taurysa. Przytulała do siebie Raivisa i płakała. Z silnikiem na chodzie czy bez niego musiała usłyszeć większość Laurinaitisowej tyrady. Resztę mogła sobie dopowiedzieć. Erzsébet czuła, że powinna się odezwać pierwsza. Powiedzieć coś zdecydowanego, co nada wszystkiemu jakiś sens, ale nie umiała znaleźć słów. Olena była szybsza.
– Będzie dobrze – powiedziała cicho, a łzy na jej policzkach przeczyły jej samej.
– Będzie – z trudem odpowiedziała jej.
Będzie – pomyślała i zmusiła się do uśmiechu, bo mimo tych wszystkich wydarzeń ostatnich dni ciągle była świadoma, że piekło Oleny jest o wiele gorsze, bo jest tu sama, a jej najbliższa rodzina wybija jej ludzi. Znowu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s