Wojenka – II

„Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani,
Że za tobą idą, że za tobą idą,
Chłopcy malowani.
[…]
Wojenko, wojenko, co za moc jest w tobie,
Kogo ty pokochasz, kogo ty pokochasz
W zimnym leży grobie.”


Feliks wiedział, że jest farciarzem i optymistą. Wiedział, że inni tak go widzą, ale wbrew temu, co czasami myśleli – nie był głupi. Josef miał rację w sprawie ucieczki z mostu, a nalot był tylko jednym z przejawów Feliksowego szczęścia – inaczej musiałby się tłumaczyć, na co nie miał ochoty. Miał za to plan. Dziurawy jak sito, niepewny i generalnie nikomu innemu by go nie zaproponował, ale samemu go wykonać, to czemu nie? Wszystko lepsze od siedzenia na dupie – i z tą myślą jeszcze raz uważnie zabrał się do przeglądu furgonetki. Element po elemencie, może nawet zbyt dokładnie.
– Uda się – przekonywał sam siebie. – A jak się nie uda, to się nie uda. Krótka piłka. Nie ma co za daleko wybiegać myślą w przyszłość, bo przecież i tak się ktoś totalnie w piękne plany wtryni i wszystko cholera jasna weźmie! Jak zawsze.
Zajrzał pod maskę…
– Teraz priorytetem jest most, to jeden z ostatnich, a poziom wód ładnie idzie w górę i niech się potopią z tym swoim sprzętem. Idą na wycieńczenie, to wiele go nie mają. Nie żal mi ich będzie. Utopią się i będzie spokój.
Poluzował dodatkowo kilka przewodów…
– Albo nie będzie. Za dużo ich. Tego mięsa armatniego. I po co to wszy –
Splunął.
– Liczy się tu i teraz. Furgonetka, most…
Szkoda tylko, że nie było już z kim pogadać. Rozmawianie z samym sobą było ponoć objawem szaleństwa. Miał to gdzieś, bo jak nie z samym sobą, to z kim? Wszedł pod furgonetkę i zaczął nucić piosenkę. Bał się przestać, bo cisza przerażała. Była jak stara znienawidzona znajoma i dlatego nucił jedną melodię za drugą.

Coś było nie tak. Wiedziała to od chwili, gdy półciężarówka zatrzymała się w tumanie kurzu kilka metrów od niej, a z szoferki wyszła Erzsébet… i tylko Erzsébet.
– Oluś! – krzyknęła i podbiegła ku niej.
Jej pogodny głos na moment zachwiał przeczuciem – tym się przecież przeczucia od wiedzy różnią, że mogą być mylne.
– Wsiadaj z drugiej strony, a Taurys i Raivis pojadą z tyłu! Zmieszczą się!
Trzeba było krzyczeć, aby nie zostać zagłuszonym przez rozterkotany silnik. Olena podeszła bliżej, mrużąc oczy w opadającej chmurze piachu. Starała się opanować drżenie dłoni, bo przeczucie wróciło w ułamku sekundy.
– Oluś, stał się coś?!
– Jesteście tylko we trójkę?! – zapytała z trudem opanowując własny głos. Bała się odpowiedzi jak sznura zaciskającego się na szyi.
– No tak…!
Głos uwiązł Olenie w gardle. Słońce zgasło, a świat stał się na moment przeraźliwie wielki. Optymizm sprzed kilku chwil wyparował i pozostawił po sobie jedynie czarne chmury rozciągnięte na całe niebo. Nie protestowała, gdy Erzsébet odciągnęła ją na bok i potrząsnęła nią.
– Olena! Ktoś miał jeszcze do nas dołączyć?! – Erzsébet zaciskała dłonie na jej ramionach aż jej samej zbielały knykcie.
Skinęła nadal nie mogąc zmusić się do odezwania. Słowa stawały jej w gardle i dusiły. Bała się ich nawet niewypowiedzianych… gdyby zabrzmiały…
– Kto? – Erzsébet czuła, jak opuszcza ją pewność siebie, pewność czegokolwiek. Przecież miało być tak świetnie! Miało się udać! – Olena!!!
– E… Eduard i… T –
Erzsébet puściła ją bezwiednie. Po prostu ręce odmówiły posłuszeństwa i opadły. W głowie dwie myśli walczyły o palmę pierwszeństwa: nie zdążyli… zginęli… Bóg był jej świadkiem, że chciała, aby to pierwsze okazało się prawdą.
– Szli z daleka – Olena odezwała się cicho. – Może nie zdążyli…
Erzsébet spojrzała na nią z nadzieją w oczach.
– Będziemy mieć radio, to… to nawiążemy kontakt – ciągnęła. – Będzie dobrze.
– Będzie – Erzsébet potwierdziła z nerwową pewnością w głosie.
Przytuliła Olenę.
Przytuliła się do Oleny.
Na moment mogły być sobie wsparciem.

Ciężarówka posuwała się do przodu ociężale, raz po raz kiwając się znacząco na nierównościach drogi. Starał się omijać największe dziury, ale chwilami po prostu się nie dało. Wtedy auto zapadało się na jedną stronę, podwozie skrzypiało poirytowane, a on bał się, że to już koniec. Że zaraz się ten gratowóz rozsypie i nigdy nie dojedzie do mostu. On zostanie tu, a most przetrwa.
– Nie przetrwa – syknął. – Nie przetrwa. Powiedziałem, że go wysadzę, to wysadzę. Nie ma rzeczy niemożliwych – powiedział głośno.
Słońce stało wysoko na niebie, ale pośród drzew panował chłodny cień. To z takiego cienia wychodzą wątpliwości. Te najmniejsze, które nie krzyczą człowiekowi w twarz, a jedynie drapią leciutko podświadomość. Most… Most był już blisko. Trzysta metrów. Już widział wartownię, szlaban i wartowników palących papierosy.
Drapu, drapu…
Nie był fałszerzem, dokumenty były podrobione na oko. Mogło się coś w urzędowych formułach zmienić, a znudzony strażnik, miast nieuważny, mógł wręcz przeciwnie – wszystko skrupulatnie sprawdzić dla zabicia nudy. Zorientuje się od razu i tyle. Będą go mieli.
Z trudem przełknął ślinę. Dla Oleny i pozostałych mieli porządne papiery, a on nawet im się nie przyjrzał, gdy jeszcze mógł. Nie miał pojęcia jak wyglądały. Zorientują się. Ciężarówka zepsuje się nie wtedy, gdy powinna. Nie ucieknie.
Wcisnął hamulec i potrzasnął energicznie głową, jakby to mogło pomóc.
– Uda się. Musi się udać i tyle – powiedział twardo i zacisnął dłoń na kierownicy.
Ostrożnie, odmierzając każdy ruch wrzucił bieg, powoli zdejmował nogę ze sprzęgła i wciskał gaz.
– Musi się udać – powtórzył spokojniej i uśmiechnął się, ale nie był to ładny uśmiech.

Szli. Nie żeby Timo się to podobało, ale nie mieli wyboru. Świadomość, że tego ranka powinni byli dotrzeć na miejsce spotkania, za bardzo ich prześladowała, żeby mogli dłużej pozostać w jednym miejscu. Sam rwał się do przodu i nie umiał dłużej powstrzymywać Eduarda, więc szli nawet, jeśli ich marsz bardziej przypominał kulawą procesję. Eduard narzucił szybkie tempo. Za szybkie. Timo próbował zmusić go do wolniejszego kroku sam zwalniając i finalnie obaj męczyli się bardziej, niż gdyby szli normalnie. To było głupie, ale tym właśnie emocje różnią się logicznego myślenia. Jedyne, co jeszcze podporządkowywało się logice, to kierunek marszu. Szli na południowy zachód, zamiast na południe, jak na początku. Mieli nadzieję skrócić tak sobie drogę, a przy okazji dłużej trzymać się lasu. Może nawet zahaczyć o jakąś wioskę, o ile zostało z niej coś więcej niż kamień na kamieniu po tym, jak kilka miesięcy wcześniej przetoczył się przez tę okolicę front. Ale to mogło być najwcześniej wieczorem… O ile któryś nie padnie po drodze.
– Zwolnij.
– Nie…
– Eduardzie! Miej litość dla siebie, dla mnie i w ogóle! Jak tu padniesz, to cię nie poniosę. Zresztą połamałbym ci te żebra już do reszty. Jak ja padnę, to ty też mnie nie będziesz w stanie unieść. A i tak jesteśmy spóźnieni, więc –
– Nie przypominaj mi – Eduard wszedł mu w słowo.
– Będę przypominał tak długo, aż schowasz ten, nawet nie twój, ośli upór i nie zwolnisz.
Stanowczość w głosie Timo była dostatecznie wyraźna, aby Eduard dwa razy się zastanowił nim odpowiedział.
– Mam nadzieję, że przynajmniej zgarnęliśmy przydział pecha za pozostałych i oni nie mają takich problemów – zmienił temat i ku zadowoleniu kuzyna zwolnił. – I że w ogóle już go wyczerpaliśmy, i teraz będzie z górki aż do Ventspils.
– Taaa. Tyle szczęścia, ile pecha.
Eduard prychnął i syknął, bo cały manewr nie spodobał się czemuś w jego klatce piersiowej i na moment szpila bólu zupełnie go zamroczyła. Timo doskoczył do niego.
– W porządku?
– Tak. Nie jestem zgniłym jajkiem…
– I dobrze, bo do Ventsplis z pewnością byś zaśmierdnął i jakbyś się w drodze na Bornholm czy Gotlandię stłukł, to byś podusił nas wszystkich – zapewnił Timo.
Eduard obdarzył go spojrzeniem, jakim w ostatnich miesiącach głównie raczył nad wyraz zapalczywych oficerów przysyłanych z najróżniejszych krajów obu walczących stron. Próbowali oni przekonać jego ludzi, że jeśli teraz się z nimi sprzymierzą, to będzie świetnie. Oficerowie ci zwykle nie mieli pojęcia ani o nastrojach lokalnej ludności, ani w ogóle o tym, kto czego chce i o co tu chodzi. Przybywali w wyprasowanych mundurach prosto z jakiś szkół czy urzędów i ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach w przeciągu kilku tygodni, chyba że się zasymilowali. Różnie bywało. Jak który był bardziej praktyczny niż przesiąknięty ideologią, to zostawał. Kilku zapakowali na łódki i wysłali do Szwecji z sucharami i kompasem – Bałtyk takie morze, że łatwo potknąć się o brzeg. Ci ludzie nieprzyjemnie kojarzyli się Eduardowi z oficerami politycznymi z okresu, gdy czerwone słońce komunizmu spiekało mu kark. Teraz wspomnienie wydawało się być piekielnie odległe jak i bliskie zarazem. Westchnął i zaczął nucić piosenkę. Wkrótce Timo przyłączył się do niego.

Żołnierz ziewnął. Jego koledzy stali w cieniu wartowni, a on niechętnie go właśnie opuścił. Mundur miał w nieładzie – porozpinane guziki, podwinięte rękawy – ktoś inteligentny kazał wyciąć drzewa w pobliżu mostu, aby stworzyć otwartą przestrzeń. Rozsądne. Nikt nie mógł się podejść zbyt blisko, kryjąc się pośród pni, ale wartownikom chyba to nie odpowiadało. Feliks nawet nie zwrócił uwagi na ukrop w szoferce. Ograniczał się do drogi i guli, która stanęła mu w gardle. Nie miał pojęcia czy zdoła z siebie wykrztusić choć słowo. Gdyby mógł, to wjechałby tam na chama. Nie zatrzymałby się, ale staranował ten szlaban – a niech do niego strzelają. Dostanie się na pakę i ustawi zapalnik na sekundę. Strzelanie nic im nie da. Mogą z niego zrobić nawet ser szwajcarski… choć wolałby nie. Raczej nie. Na pewno… Zresztą nie mógł tak zrobić. Olena i pozostali jeszcze go nie minęli, więc most musiał stać. Musiał stać tak długo, aż nie przejadą, a potem bum… Tak. Był plan. Sugestia planu. Idea i należało się jej trzymać.
Powoli zatrzymał furgonetkę przed szlabanem.
– Co wieziecie? – Mundurowy zapytał i ziewnął przeciągle.
– A co można wieźć? – odpowiedział pytaniem na pytanie i uśmiechnął się brzydko. – Co było, już wywieźli. Pusty kurs robię nie wiem po co, ale rozkaz jest. Gdzieś tu był…
Zaczął grzebać w papierach w schowku. Krzyżówki, notatki… Podrobione przepustki i rozkazy też tam były. A słowa płynęły. Ledwie padło pierwsze, a reszta siłą przyzwyczajenia pognała za nim.
– Się tej makulatury zbiera i zbiera.
– To ty nie widziałeś ile tego jest przy kontroli – prychnął żołnierz i zgasił niedopałek papierosa o drzwi. – Papierosy masz może?
Z drugiej strony mostu nadjechała półciężarówka. Zgrzytała, warczała, ale dzielnie parła do przodu – żołnierz obrzucił ją znudzonym wzrokiem… Feliks tylko zerknął. Bał się naprawdę spojrzeć.
– Moment – rzucił na powrót zapatrzony w papiery.
Wyjął zmiętą paczkę – prezent od Słowacji, w zasadzie pożyczka. Kazała mu oddać, tylko żeby to zrobić, musiał wrócić żywy. Kobiety były straszne, a jego siostra była ich nieprzeciętną przedstawicielką.
– Dużo przeszły – westchnął i podał paczkę razem z rozkazem. – Jeszcze za nim w ogóle wpadły w moje ręce, a i w nich było im pewnie totalnie do dupy. Front…
– Taa…
Żołnierz rzucił tylko okiem na nagłówek, datę i nieczytelny podpis. Jego uwaga skupiła się na wyłuskaniu kilku względnie całych papierosów z opakowania. Feliks z trudem opanował chęć patrzenia mu na dłonie. Olej, jeny! Olej to – świadomość błagała podświadomość. Niech bierze ile chce. Nie patrz. Gula znów podchodziła mu do gardła. Boże, otwórzcie ten szlaban, a ty weź sobie nawet wszystkie! Mogę się bez nich obejść!
– Dzięki. Szerokości w tym skwarze.
Żołnierz oddał mu opakowanie. Feliks prychnął i parsknął śmiechem. Nawet nie musiał się wysilać. Teraz tylko delikatnie sprzęgło, gaz… Ciężarówka zazgrzytała potwornie i z trudem wtoczyła się na most. Kilka metrów dalej wpadła w dziurę, dalej w kolejną… Błogosławione niech będą nierówne drogi! Coś stęknęło i nagle wszystko zjechało na bok przy akompaniamencie spadającego żelastwa.
Pękła nadpiłowana oś.
Feliks odetchnął z ulgą. Szczęście nadal z nim było.
– Pora na akt drugi – powiedział sam do siebie. – Będzie dobrze – zapewnił się, a w myślach dodał, że przecież inaczej być nie może. No bo jakże by mogło stać się inaczej? – I z tą myślą w głowie wysiadł i z rozmachem kopnął w wygięte pod nielogicznym kątem koło.
– Pieprzony złom! – sarknął (krzyknął?) aż usłyszeli go chyba na obu krańcach mostu.
Jeden z wartowników z przeciwległego krańca zaczął iść w jego stronę. Widać bardzo mu się nudziło, skoro chciało mu się iść taki kawał, a jednocześnie nie spieszył się. Co innego Feliks. Gdyby tak dało się przyspieszyć upływ czasu…
– Rewelacja normalnie! Na środku mostu! Kurwa! – wrzasnął dostatecznie głośno, aby zostać usłyszanym przez wszystkich potencjalnych zainteresowanych.
– Oś pękła – stwierdził żołnierz tonem znawcy, aż coś się w Feliksie skręciło. Obdarzył go spojrzeniem zarezerwowanym dla idiotów.
– Och, doprawdy? – syknął. – Złom i tyle!
Oparł się o szoferkę i zamknął na chwilę oczy. Cień na jego twarzy mówił mu, że żołnierz stoi tuż obok i to wcale a wcale nie poprawiało humoru.
– Tu się tego nie naprawi… – powiedział, nie otwierając oczu. – Najlepiej spuścić paliwo i wrzucić ten złom do rzeki, ale oczywiście nie wolno! Żartowałem, rzecz jasna. Ech, muszę zapalić.
Wspiął się z powrotem do szoferki i sięgnął do schowka po paczkę. Drugą ręką włączył zapalnik – półtorej minuty. Cichy głos na dnie myśli rechotał, że nie ma szans odejść dostatecznie daleko w tak krótkim czasie i nie wzbudzić podejrzeń. Przecież nie pobiegnie. Musi odejść. Pogadać. Nie ma szans i tyle. A on doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale chciał już mieć to za sobą. Byle tylko już nie było tego cholernego mostu i tyle – zdenerwowanie zżerało go od środka, pozwalając na utrzymanie fasady wkurzonego kierowcy, ale nie ufał sobie. Półtorej minuty jeszcze, ale czy zdołałby wytrzymać dłużej? W tej sytuacji poważnie w to wątpił. Miał wrażenie, że kiedyś posiadał więcej cierpliwości, choć pewnie wielu by go za takie myślenie wyśmiało. Ale co on mógł na to poradzić?
– Fantastycznie – mruknął i zeskoczył ze stopni na ziemię.
Żołnierz przyglądał mu się z miernym zaciekawieniem, ale nawet ono było irytujące. Myśli Feliksa niczym mantrę powtarzały krótkie: nie zaczepiaj mnie, nie pytaj o nic więcej, zajmij się swoimi sprawami, a ja sobie pójdę na tę stronę mostu, z której przyjechałem, bo to bliżej; a ty się nie będziesz niczego czepiał. Niczego.
Los, szczęście, czy cokolwiek to w rzeczywistości było, postanowiło zagrać na jego korzyść.
– To trzeba będzie zgłosić.
– Doprawdy? – syknął i dodał już jakby spokojniej. – Wiem, wiem. Zapalę, odetchnę i zrobię co trzeba. Nikomu by pożytku nie przyniosło, jakbym przez radiostację zaczął bluzgać na ten złom, co mi go przydzielili.
Stanął w cieniu wartowni i żołnierza, który posturą mógł spokojnie iść w szranki z Iwanem czy Josefem. Gdzieś przez myśl przeszło mu, że skoro już się taki byk tu znalazł, to warto spróbować się za nim schować. Nie należy marnować takiej szansy, zwłaszcza w tak beznadziejnej sytuacji. Brzydki uśmiech wykrzywił mu usta między jednym a drugim zaciągnięciem się.
Beznadziejne sytuacje na przestrzeni wieków kochały go równie mocno co Ślepe Szczęście. I o ile tą drugą miłość odwzajemniał całym sercem, to za pierwszą z chęcią podziękowałby. Niestety nie dało się. W głowie echem odbiło się pogardliwe: bo żeś jest wariat i napaleniec – wypowiedziane wielogłosem ludzi różnych, którzy mu to nie raz, nie dwa, nie pięć powtarzali. Jakby on się kurna nie starał!
– A w karty grać umiesz? – zapytał jeden z towarzyszy wysokiego, który dotychczas słowem się nie odezwał i w ogóle zachowywał się, jakby go nie było. Może zresztą tak lepiej, bo akcent miał jakiś paskudny. Jego koledzy mimowolnie skrzywili się, wielki przewrócił dodatkowo oczyma, a tamten mówił dalej. – Bo nam kolegę jednego oddelegowali z namiotu ostatnio, to i grać z kim nie ma, a wy to pewnie na noc zostaniecie, bo zanim te tam gryzipiórki zdecydują, co z waszym złomem zrobić, to minie dzień jak obszył. To umiecie?
– Umiem, umiem – mruknął i zaciągnął się raz jeszcze.
Mężczyzna uśmiechnął się szczerbatym uśmiechem, a wielki roześmiał się głośno. Trzeci z kompanów zaczął coś mówić, ale jego słowa utonęły w ogłuszającym huku. Jakaś część świadomości Feliksa odetchnęła z ulgą, a potem nie było już nic.

Gdzieś w oddali zdrowo walnęło. Trochę przypominało to grzmot, ale niebo było czyste. Czechy aż nadto dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co było źródłem huku. Odruchowo spojrzał w stronę mostu – teraz oddalonego o trzy godziny marszu. A więc w końcu go wysadzili. No dobrze, Feliks wysadził. Teraz z okazji wiosny woda przybierze i może na jakiś czas uspokoi się na tym terenie. Może potrwa to akurat dostatecznie długo, że zdążą dograć inne małe punkciki wielkiego planu i się ten młyn skończy? Uśmiechnął się zadowolony, ale szybko uświadomił sobie, że zamiast uśmiechać się sam z siebie, to zmusza się do uśmiechu.
– Debil – mruknął, odwrócił się na pięcie i wrócił do wkopanej częściowo w ziemię chaty drwali.
Zwalił się na prowizoryczne posłanie i przez dłuższą chwilę wdychał zawilgłe, przesycone zapachem lasu powietrze. W przeciągu godziny, dwóch powinni się byli zjawić Laurinaitis z resztą i będą mogli ruszyć dalej. Spróbował w myślach przeliczyć, ile jeszcze czasu zajmie podróż. Dobę, jeśli nic się nie spieprzy. Na przykład ktoś nie postanowi koniecznie wrócić pod most i sprawdzić, czy temu kretynowi patentowanemu – czyli jego bratu – udało się przeżyć. W co on sam wątpił, choć nie rezygnował z nadziei. W końcu brat, to brat. Mogli sobie wbijać szpile en razy na dzień, ale to nie oznacza, że miałoby mu się podobać, że zginął w tej głupiej wojnie. Oczywiście w imię tego winien był mu zabronić iść tam i realizować taki wariacki plan, ale walka z wiatrakami nie była domeną Josefa i nie umiałby się do niej zmusić nawet, gdyby naprawdę chciał. No i Feliks miał to swoje pieprzone szczęście, które zdawało się jakoś nie przechodzić na Josefa. Też dobry powód, aby się nie mieszać.
Westchnął i zamknął oczy, ale pozorne zmęczenie całym tym zgiełkiem nijak się miało do chęci snu. Zaklął i wstał. Omal nie uderzył głową o belkę wspierającą dach. Prychnął i wyszedł na świeże powietrze. Ciemne kreski pni strzelały w górę, a nad głową gałęzie tworzyły zielone sklepienie. Nikt nie był tak głupi, żeby bez potrzeby bombardować las. Drewno było w cenie, a po wojnie mogła ona jeszcze urosnąć. Lepiej więc było pchać w las ludzi, aby wybijali partyzantów niż zmieść to wszystko z powierzchni ziemi. Oto jak wielu zawdzięczało życie czystej ekonomii.
Brzydki uśmiech wykrzywił Josefowi usta. Podświadomie pojmował te prawa pieniądza, zysku i korzyści. Wiedział, że gdyby dane mu było podejmować decyzje, to też by lasów nie poświęcił. Barbarzyńskie wojny, gdzie niszczono wszystko były domeną przeszłości. Teraz wojny były cywilizowane, jakkolwiek głupio to brzmiało. Prychnął i oparł się o pień dębu, klonu czy innego wielkiego kija z zieloną czupryną – naprawdę było mu obojętnym, jaki to gatunek. Zamknął oczy i uciekł myślami ku Pradze, ku Złotej Uliczce, ku Hradczanom… chciał już tam wrócić.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s