Wojenka – I

Ekhem… to miał być mały łanszucik do szuflady, napisany od tak, aby odreagować (sic). Nie wyszło.

Postaci, które tu się pojawiają i przewijają rzadziej lub częściej, w kolejności alfabetycznej (ze ściągą imienno-nazwiskową):
Czechy – Josef Havel; Estonia – Eduard von Bock; Finlandia – Timo Väinämöinen; Litwa – Taurys Laurinaitis; Łotwa – Raivis Galante;  Polska – Feliks Łukasiewicz; Słowacja – Michaela Macháčková; Szwecja – Bernhard Oxenstierna; Ukraina – Olena Marczenko; Węgry – Erzsébet Héderváry…

Czas akcji bliżej nieokreślony, jakiś wojenny… to dla fabuły nieważne.

Miejsce to gdzieś na Łotwie i Litwie, ale to też nie znaczenia, to tylko ja siedziałam nad mapami i knułam czy i jak w ogóle się da… Google Maps między innymi bardzo chciało zrobić z Venty rzekę bezodpływową… a na satelicie nawet port widać xD Mieszkańcy Ventspils byliby nie pocieszeni.

Ostrzeżenia: Hymmmm jest wojna, a wojny nie są piękne, a bohaterowie nie są kwintesencja ogłady, czyli zdarza się przeklinanie, czy też nieco bardziej szczegółowy opis tego, co zostaje z człowieka, gdy koło niego coś eksploduje… myślę że 15+ to da radę, niemniej powyższe niech mają na uwadze wszyscy ^^”
Poza tym klasycznie makaronizuję, głównie pod koniec tekstu, ale przypisy będą… o ile nie zapomnę.

Jak ktoś czuję potrzebę gatunkowego nazwania tego, to ja nie wiem. Wszystko od angstu, przez obyczaj, po komedię?

—————————————-

Wojenka

„Za dzień – za dwa, za noc – za trzy,
Choć nie dziś, za noc-za dzień,
Doczekasz się: wstanie świt.”
Edmund Fetting „Nim wstanie świt”


Było cicho. Taurys przytulił go mocniej do siebie nieomal wyciskając powietrze z płuc, ale Raivis nie zaprotestował. Nawet tego nie zauważył. Rzeczywistość nie docierała do niego. Jego myśli… Jego świadomość była zupełnie gdzie indziej. W miejscu, gdzie deszcz nie przestawał padać, a bura deszczówka zbierała się w głębokim leju po bombie. Wokół poniewierały się deski. Deski całe, deski połamane, a na nich porozwieszane girlandy ludzkich szczątków nasiąkały wodą. Tu ręka z kawałkiem munduru, tam but co się sznurówką zahaczył, a z jego wnętrza wygląda nieśmiało ochłap ludzkiej nogi. Usta w bólu wykrzywione, oczy na wierzchu… Bang! I on siedzący na powalonym drzewie. Zastygły w bezradności. Nie zaufałby sobie nawet na tyle, by spróbować wstać, bo nogi niechybnie by się pod nim ugięły – bezsilne, jak dłonie, które nie były już w stanie niczego podnieść. Nie było celu, nadziei. Bang! Bang!
Taurys delikatnie otarł łzy z policzka Raivisa, jakby to robiło jakąś różnicę. Miał wrażenie, że zaczyna się do nich przyzwyczajać. Zaczyna akceptować ten bezruch, bezwolność lalki i to go przerażało. Myśl o tym, że już go nigdy nie wybudzi, że nadejdzie taki dzień, gdy przełamie się i spełni tę niemą prośbę o śmierć, nie pytając już nawet „dlaczego?” straszyła go w chwilach absolutnej ciszy. A przecież minęło tak niewiele czasu.
Dlaczego teraz? Nie może przecież chodzić o tamtą wieś – tych ludzi co zginęli. To było straszne, ale nie tak, więc…
Odgłos pukania do drzwi wdarł się w jego myśli.
– Proszę.
Do pokoju wślizgnęła się Erzsébet. Wyglądała koszmarnie i pięknie zarazem. Zniszczony mundur, rozczochrane wiatrem włosy, zaniedbana, wychudzona, a jednak nadal promieniująca swoistym pięknem. Uśmiechnęła się i podeszła do niego. Pogłaskała Raivisa po włosach – żadnej reakcji.
– Rozmawiałam z Oleną – oznajmiła.
– Yhym.
– Jutro przed świtem mamy być gotowi. Będzie na nas czekała kilkadziesiąt kilometrów stąd. Feliks ma zabezpieczyć trasę. O zmroku powinniśmy być na miejscu i tam pomyślimy co dalej. Raivisa należa –
– Zostanie ze mną – przerwał jej.
– Taurys. W tym stanie, naprawdę lepiej dla niego będzie, jeśli znajdzie się pod opieką kogoś, kto wciąż jest neutralny. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.
W jej głosie dźwięczała pewność, która doprowadzała go do wściekłości, a jednak nic nie powiedział. Zmarszczył jedynie brwi i mocniej przytulił chłopca. Gdzieś na dnie myśli łudził się, że w końcu go obudzi. Prędzej czy później, ale na pewno. Prędzej…

W świecie który go w sobie zamknął zimny wiatr sprawił, że deszcz zacinał pod kątem. Ciął skórę niczym ulewa ze szpilek, a on nie miał nawet siły odwrócić się doń plecami, co dopiero się ukryć. Zresztą… Jaki to miało sens? Kap, kap… Bang!

– Nie ruszaj się! Jeny, nie miało ci kiedy cierpliwości zabraknąć, jak akurat teraz! – Timo jęknął i usiadł na krawędzi prowizorycznego posłania. – Jeśli nie będziesz leżał spokojnie, to tylko wszystko przeciągniesz – dodał i popchnął Eduarda z powrotem na poduszkę.
Niemal zupełnie nie włożył w to siły. Zaledwie jej sugestię a Eduard i tak się skrzywił.
– Proszę, Eduard… dwa dni.
W ciszy rozległo się westchnięcie kapitulacji i Timo uśmiechnął się cieniem swojego zwykłego uśmiechu. Tym razem wygrał łatwo, ale bał się, że te dwa dni to będzie za mało. Stanowczo za mało, ale wtedy już nijak nie utrzyma tu Eduarda. Będą musieli iść dalej, nawet jeśli w żółwim tempie. Będą musieli, bo są oczekiwani i bo oczekują. Nie dotarli do punktu spotkania, ponieważ wpadli w zasadzkę. Ale przeżyli – to było najważniejsze. Wszystko inne schodziło na drugi plan, o ile się przeżyło. Tylko że o własnym istnieniu wiedzieli tylko nawzajem. Dla innych byli martwi… Rozumiał więc pośpiech Eduarda, jego zmartwienie, zniecierpliwienie. Zarazem wiedział, że spieszyć się nie wolno. Nie, gdy śmierć ciągle krąży w okolicy jego kuzyna. Gdyby chociaż ocalała radiostacja… Przeraźliwa potrzeba kontaktu z kimś zjadała ich obu od środka. Bał się, że gdzieś w świat pójdzie wieść o jego rzekomej śmierci nim on zdąży się do tego świata odezwać. Co wtedy zrobi Bernhard…?
Przełknął z trudem ślinę.
Musimy zdążyć . Będzie dobrze… Musi być – zapewnił się, choć coraz trudniej przychodziło mu w to wierzyć.
– Śpisz? – zapytał.
Eduard nie spał, ale to nie miało znaczenia. Gdyby wierzył w Boga, to teraz modliłby się do niego o cierpliwość dla siebie i siłę dla Raivisa. Ale nie wierzył, więc trwał we własnym strachu.
Dwa dni i ruszy dalej. Dużo dalej, bo muszą nadgonić i mieć nadzieję, że gdzieś w międzyczasie nie zmienił się ostateczny cel. Że dotrą do niego na czas… To i tak w najlepszym wypadku były trzy, cztery dni drogi – pod zamkniętymi powiekami widział mapę terenu, zielone lasy, rzadkie izohipsy, kilka dróg, jezioro, wieś tu, wieś tam, pole minowe, jednostki stałe, strzałki obrazujące przemieszczanie się jednostek zmotoryzowanych, drogi zaopatrzeniowe… Miał to wszystko w pamięci.
W jego stanie cztery dni to optymistyczne założenie. Zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby mieli jakiś środek transportu lub ocalała radiostacja…
Poczuł jak Timo kładzie się obok niego na podobieństwo żywego grzejnika. Noce były chłodne. Nie tak chłodne jak wtedy – pomyślał i uśmiechnął się do wspomnień. – Wtedy zimno doskwierało o wiele bardziej, a cel naszej podróży pozostawał nieznany. Szliśmy za zachodzącym słońcem, szukając miejsca dla siebie i chwilami wydawało się, że ono nie istnieje. Że oto jest koniec wędrówki i nas samych. A jednak przetrwaliśmy…
Nie umiał w tym jednak znaleźć nadziei.

Woda zaczęła przelewać się przez krawędź leja. W swej szaroburej tafli odbijała stalowe nieistniejące niebo – szarość ciągnęła się tysiącem odcieni aż po horyzont z rzadka tylko zabarwiona rdzawą plamą krwi. Wiatr przestał wiać i tylko szum deszczu mącił ciszę, ale to było bez znaczenia, skoro w uszach pozostało echo wietrznego zawodzenia. Roztrzęsione krzykiem, zniekształcone niewymazywalnym szumem, urwane w pół słowa i zaklęte w ciszę.
Cholera! Zasadzka! Skontaktujemy się później.
I gdzieś z tła wykrzyczane aż nazbyt znajomym głosem: Ile ich!? Ru –
Krzyk, wybuch i obezwładniająca cisza.
Raivis poczuł jak przechodzi go dreszcz, ale czy był on prawdziwy? Czy przynależał do rzeczywistego świata, czy do tej krainy szarości? Tego rozsądzić nie mógł. Przez moment chciał się obudzić. Sprawdzić. Nim jednak myśl ta zdążyła stać się czynem przerażenie rzeczywistością przygniotło ją do ziemi. Utopiło w rzadkim błocie. Tu było strasznie, a tam… Niewiadoma rozrastała się w miliardy tragedii.

– I co, pójdziesz tam, powiesz im „hej, mną się nie przejmujcie, ja tu sobie tylko poćwiczę zjazd na linie na tym pilnie strzeżonym przez was moście”?
– No niedokładnie tak, ale…
– A dokładnie to jak!?
Josef czuł, że coś się w nim gotuje. Miał ochotę na dobry początek zdzielić własnego brata, a potem zacząć się zastanawiać, czemu w ogóle dał się w to wciągnąć, miast trzymać się swoich granic. Chociaż odpowiedź na to pytanie znał, była zawiła. Odwoływała się do ostatnich kilku lat tej przeklętej strzelaniny ponad ich głowami, w której stanowili tylko szarą masę pomiędzy tymi, co uważali że walczą o te lub inne ideały. Oni na tym polu bitwy walczyli jedynie o własne życie, a Feliks właśnie zdawał się być na prostej drodze, aby swoje stracić. W dodatku coś ukrywał. Nie trzeba było być geniuszem, żeby to zauważyć… a może i trzeba było, a Josef był nim od tak dawna, że nawet nie zdawał sobie z tego sprawy – to naprawdę nie miało znaczenia… Feliks czegoś nie mówił i Josef się tego obawiał, bo nikt nie może mieć nieskończonych zasobów szczęścia i nawet to Feliksowe musi się kiedyś skończyć. A jeśli zrobi to teraz, to pogrąży nie tylko jego. Lepiej więc oprzeć się na solidnym planie, a nie optymistycznych bzdurach.
– Feliksie – powiedział twardo.
– Ale…
– Feliks!
– Pamiętasz tamtą furgonetkę?
Pamiętał. Stała zepsuta w lesie bez widoków na przyszłość.
– Trochę w niej pogrzebałem i działa. I są jeszcze tamte papiery i mundur… No i totalnie można im się tam nią wpakować niby całkiem legalnie. Tu, póki co, jest zadupie frontu trochę, oni się nudzą, nawet nie przejrzą tego dokładnie czy coś.
Plan miał jedną dziurę, dla Josefa przerażająco oczywistą i jeśli Feliks jej nie widział, to dziw brał, że przeżył tyle wieków.
– I?
– I co?
Niewinność pytania porażała.
– I jak się masz zamiar stamtąd wydostać, nim się most zawali?
– Improwizując.
Mam brata kretyna – przeszło Josefowi przez myśl, a zaraz potem doszedł do wniosku, że to w sumie żadna nowina.
– Improwizując na moście, który ma lada moment wybuchnąć, a na jego końcach stoją wartownicy?
– No… No mam pewien pomysł…
– To znaczy?
– Ni takie ta –
Przerwał równo z wybuchem. Ponad huk wybił się na moment odgłos samolotu, ale tu – w gęstym lesie, nie mieli szans zobaczyć do kogo należał. Zresztą, to było bez znaczenia… na pewno nie do żadnego z nich.
– Kurwa. – Feliks zaklął cicho. – Spadamy stąd. Spotkamy się wieczorem, w tej chacie drwali.
– Feliks – syknął już w zasadzie do jego pleców. Miał ochotę wyć. To było szaleństwo i to fundowane im z zewnątrz, za darmo i na siłę. Nikt ich nie zapytał o zdanie, po prostu okazali się tymi maluczkimi po drodze, którzy na pewno chętnie poświęcą się w imię idei. Nawet dwóch przeciwstawnych sobie idei… A ponoć ziemia jest kulą, tylko widać jedna jej strona jest jakoś ciekawsza od drugiej. A mogliby się potopić w morzu Barentsa.
Splunął i odwrócił się na pięcie. W zatoce – prychnął. W tej chwili niczego bardziej nie pragnął, jak znaleźć się u siebie i móc się na to wszystko wypiąć. Wkurzający, stanowczo za bardzo podobny do Feliksowego głos na dnie czaszki zarechotał w odpowiedzi – marzenie ściętej głowy.

– Gotowi?
Taurys nie rozumiał skąd Erzsébet bierze energię. Jakim cudem jest w stanie mówić z radością dźwięczącą na końcu zdań?
– Tak – odpowiedział, a jego głos wydał mu się przeraźliwie suchy.
Raivis milczał wpatrzony niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Półciężarówka stała w szopie kawałek dalej. Bak był pełen, silnik sprawdzony, na pace leżało kilka bel siana i nic ponadto – wojenna bieda. Pasowało, bo w końcu przez najbliższe kilkanaście godzin nie mieli kryć się w krzakach, myśleć jak odeprzeć wroga od danego miejsca. Nic z tych rzeczy. Mieli być zwykłymi ludźmi, którzy próbują dostać się z punktu A do B i nie zginąć przypadkiem po drodze. Nie mieli ze sobą nic, co by ich zdradziło. Byli czyści, ale strach pozostawał.
– Olena będzie czekała na nas jakieś czterdzieści kilometrów stąd.
– Yhym.
– Feliks i Josef mają się zająć wysadzeniem mostu po naszym przejeździe – dodała i skrzywiła się w chwili gdy półciężarówkę zniosło na krawędź nierównej drogi.
– Yhym.
Westchnęła i odpuściła. Nawet nie próbowała przekonywać Taurysa, że będzie lepiej, jeśli położy Raivisa z tyłu zamiast trzymać go na kolanach,. Była pewna, że tylko wymruczałby coś niekoherentnego i tyle. Im dłużej przebywała z nim sam na sam, tym bardziej przypominał jej ostrygę, która zaczęła się zamykać. Miała nadzieję, że gdy dołączy do nich Raivis to się zmieni, ale tak się nie stało. Miast ożywienia, Ravis wniósł jedynie stagnację. Żal jej go było.
Przygryzła wargę i skupiła swoją uwagę na drodze. Tu i ówdzie pozostały ślady asfaltu, gdzieniegdzie wyzierała spod niego stara kostka, ale ponad wszystko wybijały się dziury. Półciężarówką telepało i modliła się, żeby czegoś nie zgubili, aby silnik nie rozpadł się nim nie dojadą na miejsce. Zacisnęła mocniej dłonie na kierownicy i dodała ostrożnie gazu. Wsłuchała się w silnik miast we własne myśli. Zapatrzyła w wądoły, zamiast we wspomnienia zbombardowanej wsi. Że Raivis to przeżył, to był cud. Teraz cieszyła się w duchu na myśl spotkania z innymi. Każda kolejna godzina z Taurysem zabijała cząstkę jej wiary w koniec tej wojny ponad ich głowami. Był niczym chmura burzowa.

Zawiało z drugiej strony i deszcz znów poleciał ukosem. Girlandy jelit uniosły się na moment niemrawo niczym chorągwie turpistycznego raju i opadły zbyt ciężkie, zbyt wodą i krwią nasiąknięte, a Raivis siedział. Woda sięgała mu do kostek, ale to było bez znaczenia. Buty nie przeciekały. Patrzył na nie i chłonął ich nierealność. Tu woda, tu sucho, tu śmierć, tam… tam… Wspomnienie zacisnęło mu pętlę na gardle. Szum radia, słowa, zapewnienia i krzyk tak wyraźny, jakby przed chwilą usłyszany. Krzyk zaskoczenia, drżenie głosu tam i strach jego własny tu. Bang! I cisza… Przeklęta cisza. Tysiące obrazów i żadnej możliwości by sprawdzić, który z nich jest prawdziwy. Przypuszczenia miażdżące klatkę piersiową, przerażenie okręcone wokół serca… dusił się tym. Łzy płynęły mu po policzkach. Chciał krzyczeć, ale z zaciśniętego gardła nie chciał wydobyć się żaden dźwięk. Nie pojawił się nawet cień ulgi i tylko szum deszczu wlewał mu się miedzy myśli. Topił je jedna po drugiej z precyzją kata.

– Timo…
– Ymmm?
– Mógłbyś mi oddać moje okulary?
– Nie. Śpij.
Eduard zapatrzył się w mozaikę plam nad swoją głową i roześmiał. Dźwięk ten zabrzmiał obco w ich uszach. Zbyt obco, jak na coś, co powinno być takie normalne.
– Timo, ja już nawet nie wiem ile godzin przespałem, ale nie dam rady ani minuty dłużej.
– Śpij…
Stanowczość umknęła z głosu Timo i Eduard wiedział, że nie tylko on rwie się dalej. Paradoksalnie to w końcu była pogoń za życiem. Prawdziwym życiem. Był kiedyś taki filozof, którego nazwiska Eduard nie pamiętał, który stwierdził, że dowodem na istnienie czegoś jest tego obserwacja. Jeśli nikt nie patrzy na kamień, to kamienia nie ma. Więc może ich też już nie ma, są złudzeniem samych siebie w czasie nie-czasie… Opowiedział o tym Timo.
– Przestań! Nawet tak nie mów! Żyjemy, rozumiesz!? – Fin chciał krzyczeć naprawdę głośno, ale to było zbyt ryzykowne. Las niby gęsty, jednak to, że nikt ich nie znalazł nie oznaczało, że nikogo tu nie ma. Że ktoś nie szuka lub szukać nie zacznie, gdy usłyszy ten krzyk. Dlatego zmusił swój głos by utrzymał się na poziomie szeptu. Głośnego, poirytowanego, ale jednak nadal szeptu. – Żyjemy obaj – powtórzył. – A za kilka dni dołączymy do pozostałych, a potem przez Ventspils przedostaniemy się na Bornholm czy dalej.
Eduard znowu się roześmiał. Zamknął oczy, bo rozmyta mozaika zaczynała przyprawiać go o ból głowy, a jednak nadal chichotał.
– Przestań, do diabła! – Timo syknął i uderzył go w ramię. Nie włożył w to wiele siły, ot symbolicznie, ale znów wystarczyło, aby Eduard się skrzywił. – Jak chcesz obserwacji, to ja ci mówię, że żyjesz, a ty…
Wyciągnął w pośpiechu okulary Eduarda z kieszeni kurtki i założył mu je na nos.
– A ty możesz powiedzieć mi to samo, zrozumiano?
– Tak, tak – Eduard westchnął i z nieukrywaną radością spojrzał na ponownie ostry świat. – Żyjemy, tak łatwo się nas nie pozbędą, co nie?
– Nie.
Roześmiali się obaj, na chwilę skupiwszy się na tej jednej chwili, a nie na tym co będzie lub być może.

Olena stała na skrzyżowaniu polnej drogi z zajechaną przez czołgi szosą. Tutaj koleiny pokruszyły asfalt, upodabniając całe miejsce do wysypanej żwirem alei. Kawałek dalej zagłębiała się ona w rzadkim lesie. Jednak tam, gdzie stała Olena, nie było nawet skrawka cienia. W rowie leżała pozostałość wiaty – pamiątka po niegdysiejszym przystanku, dalej były pola i kilka zrujnowanych domów. Kolejne stały już ukryte za niewielkim wzniesieniem, ale wszystkie i tak były do siebie podobne. Zaniedbane, z powybijanymi tu i tam oknami. Wciąż jednak byli tu ludzie, którzy trzymali się ich kurczowo, zamiast uciec gdzieś, gdzie byłoby im choć odrobinę lepiej. Nie. Tu był ich dom. Olena poznała ich i pokochała. Oni rozumieli jej tęsknotę za Kijowem. Boże, jak dawno jej tam nie było!
Westchnęła i spojrzała w niebo. Było błękitne, czyste, a słońce stało już dość wysoko. Jej własny cień kładł się krótką kreseczką na ziemi – znowu chyba schudła. Wszystko wyglądało tak sielankowo, że można było spróbować zapomnieć o wojnie i spróbowała. Na chwilę. Momencik. Przymknęła oczy i była u siebie pośród wielkich pól, co niegdyś były mogły wyżywić całą Europę, wśród swoich ludzi, w znajomych uliczkach. Znajome zapachy atakowały ja ze wszystkich stron. Tak bardzo chciała tam być…
Otworzyła oczy i otarła łzy. Wrócę tam – zapewniła samą siebie. – Wrócę, bo to mój dom i nikt mi go nie odbierze.
Mówiła tak sobie codziennie kilka razy. Na początku, bo w to wierzyła, potem, aby w ogóle móc w to jeszcze wierzyć. I tak doba za dobą, myśli pełne autosugestii i z trudem podtrzymywanej wiary w to, że nadejdzie w końcu koniec i to taki, którego oni wyczekują. I było dobrze. Tak dobrze, jak tylko mogło być w tej chwili. Mówiła sobie, że jest silna i da radę, mówił jej to Feliks, zapewniała Erzsébet i była silna.
Siostrzyczko, zajmę się to –
Uciszyła głos wspomnienia w głowie. Była silna. Była samodzielna i teraz musiała dać sobie radę. Miała tu czekać i poprowadzić Erzsébetę i innych do celu. Mogła to zrobić. Była silna. Musiała być… Była.
Z lasu wyłoniła się zmęczona życiem półciężarówka. Jej silnik wył niczym potępieniec, gdy zapadała się i wyłaniała z kolejnych wądołów. Wzniecała wokół siebie tumany kurzu i parła do przodu nie pomna na stan drogi. Była silna. Olena uśmiechnęła się szczerze i z głębi serca. Cieszyła się, że znowu będzie mogła porozmawiać z kimś, kto rozumie, i pozwolić cudzym myślom – problemom zdominować na chwilę jej własne.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s