Wojenka – Epilog

Epilog

Oba statki ledwie odcinały się od koloru morza i nieba. Jedno czarne, a drugie czarniejsze od pierwszego. Na ich pokładach wygaszono wszystkie światła, pozostała tylko najpotrzebniejsza aparatura i śruby obracające się powoli – nie żeby ktoś ich mógł tu szukać. To były kutry rybackie i nie było póki co prawa, które zabraniałoby im być na wodzie, to raczej strach trzymał niektóre w portach. Piekielna gra pozorów sprawiała, że choć front przetaczał się przez Europę Centralną, to nikt niby oficjalnie nikogo nie okupował – jedynie przekonywał. Cywilizowana wojna – farsa jakaś. Ale strach pozostawał i stąd to zaciemnienie. Stąd dwa pontony płynące powoli, tak, żeby fale zagłuszały pracę silnika. Stąd oni przyczajeni na skraju plaży, gdzie zaczynały się drzewa. Wytchnienie było już tak blisko.
Taurys czuł jak palce Feliksa niebezpiecznie mocno zaciskają się na jego ramieniu, udowadniając, że jak bardzo by Polska wcześniej nie chojraczył i nie zapewniał wszystkich, że teraz to już tylko z górki będzie, to jednak sam też się bał. To jakoś dodało Taurysowi otuchy. Kawałek obok niego w takim samym jak on znieruchomieniu trwali Eduard, Timo i Raivis. Galante sprawiał wrażenie, jakby ostatnich dni w ogóle dla niego nie było. Cokolwiek się wtedy w jego myślach działo, to z miejsca straciło znaczenie, gdy wpadł na von Bocka i to sprawiało, że coś się w Taurysie skręcało z zazdrości. Czuł się jakby odsunięty po tym wszystkim, ale z drugiej strony czego oczekiwał…?
– Są – Erzsébet syknęła, wytrącając go tym z zamyślenia.
Faktycznie, oba pontony były już tuż przy plaży. Raivis rozejrzał się nerwowo i pobiegł w tamtą stronę. Gdyby nie ręka Feliksa na jego ramieniu, to Taurys niechybnie pobiegłby za nim, chociaż nie wiedziałby nawet po co. Tymczasem jednak patrzył. Raivis rozmawiał o czymś z jednym z ludzi z pontonów. Mówili cicho – wiatr i morze zagłuszali ich. A potem Raivis nagle pobiegł w ich stronę i zaczął ich poganiać.
– Tym z pontonów coś się nie podobało, widzieli jakieś światła w lesie niedaleko stąd. Musimy się spieszyć – Galante wyrzucał z siebie słowa jednocześnie starając się pomóc wstać Estonii.
– Kurwa – koło niego Feliks zaklął i też zaczął wstawać.
– Zupełny brak wyczucia czasu – usłyszał gdzieś za sobą Erzsébetę i nie mógł jej nie przyznać racji.
Sekundę później sam wstawał. Czas zdawał się tak cholernie wlec, gdy przechodzili te kilka metrów plaży. Chciał pobiec, ale uczepiony jego ramienia Feliks całym swoim ciężarem przypominał mu, że on szybciej nie da rady. I tak się starał, Taurys nie miał co do tego wątpliwości – to był Polska, wszystko na jedną kartę i się zobaczy. Wariat.
– Jeszcze kawałek – powiedział by choć na moment zabić milczenie.
W odpowiedzi Feliks jedynie powiedział coś niewyraźnie, a chwilę później jego palce jeszcze mocniej wczepiły się w ramię Taurysa – weszli do wody. Do pełnego soli Bałtyku.
– Feliks.
– Nie gadaj, tylko idź – Łukasiewicz wysyczał, a Taurus po prostu posłuchał, nie chcąc sobie nawet wyobrażać, jak to jest, gdy ta słona woda przesącza się przez ubranie, bandaże…
Gdzieś obok usłyszał syknięcie Estonii i Väinämöinena mówiącego coś bardzo szybko w swoim języku. Przed nim Josef pomagał już wejść do pontonu Olenie, a tuż za nią stała Erzsébet. Mieli szczęście, że morze nie było bardziej wzburzone – Bałtyk potrafił być niekiedy paskudnie kapryśny. Krótką falą doprowadzał żeglarzy do nerwicy, a i tak tu wracali. On kochał to morze, ale teraz to nie miało znaczenia. Liczyły się kolejne kroki w zimnej wodzie, fale próbujące ich mimo wszystko przewrócić, dno uciekające spod nóg. Jeszcze trzy metry…
– Stać!
Ponad wszechobecny szum przebił się czysty męski głos. Krzyczał po rosyjsku. Na moment Taurys znieruchomiał, ale to trwało tylko ułamek sekundy. Feliks pociągnął go dalej i czar strachu oraz wspomnień prysł. Został metr…
– Stać, bo strzelę!
Nikt się nie zatrzymał. Było ciemno. Byli już daleko. To była, o zgrozo, rosyjska ruletka czy w ogóle trafi, jeśli nawet spróbuje. Z pontonu Havel poganiał ich chyba zupełnie nieświadomie mówiąc po czesku. Feliks roześmiał się krótko nim syknął z bólu i ponownie skupił się jedynie na tym, żeby iść dalej. Drugi ponton już odpływał.
Już byli przy burcie. Fale niczego im nie ułatwiały. Musiał pomóc Feliksowi wejść, a bez Josefa i tak nie daliby rady. Kątem oka złowił samotne światełko wybiegające z lasu ku żołnierzowi na plaży. Przez moment widział go mierzącego do nich. Zaklął, chwycił dłoń Havla i sam w końcu znalazł się w chybotliwym plastikowo-gumowym pływadle. Łotysz przy silniku momentalnie podkręcił jego obroty. Ruszyli do przodu, ku plaży, aby po chwili zacząć zawracać.
Żołnierz coś krzyknął, ale nie byli w stanie rozróżnić słów.
Kula świsnęła w powietrzu. Chybiła celu, ale wrażenie, że to był ślepy fart było aż nadto realne. Światło latarki błądziło po wodzie koło nich, kilka razy prześlizgnęło się po burcie.
– Ma nas jak na dłoni.
To był Havel, Taurys był tego pewien. Całe to zdanie zdawało się zawierać wyrok na nich. Zaraz ich trafią i tu zostaną, pójdą w niewolę lub będzie jeszcze gorzej. Coś się w nim zagotowało podobnie jak dwa dni wcześniej. Miał dość tej wojny. Miał dość patrzenia i kiwania głową chwilami. Miał dość tej misji i chciał wrócić do siebie, gdzie może nie było bezpieczniej, ale bardziej swojsko.
Zgrabiałymi od zimnej wody palcami rozpiął kurtkę i wyciągnął spod niej pistolet. W świetle rzuconej na piasek latarki drugiego żołnierza doskonale widział cień sylwetki strzelającego. Być może nawet lepiej niż tamten widział ich. Karabin w pontonie – ot ostrożność – znalazł się w jego rękach zanim jeszcze w ogóle zdążył o nim pomyśleć. Nie celował, zdał się na instynkt wyrobiony przez wieki różnych walk. Strzelił raz i cień padł. W powietrzu rozległ się drugi strzał – ktoś z drugiego pontonu. Łotwa? Finlandia? Nie zastanawiał się nad tym, a tylko sam strzelił raz jeszcze i druga latarka w końcu spadła na piasek.
– Brawo, Licia!
Odetchnął. Miał wrażenie, że wstrzymywał oddech od kiedy weszli na piasek, choć to przecież było niemożliwe – udusiłby się. Niemniej logika nijak imała się uczucia, które go ogarnęło. To było takie przyjemne ciepło – satysfakcja, że teraz może odetchnąć, a tamci dwaj leżą na plaży i nic już nikomu nie powiedzą, nikogo nie zastrzelą, w ogóle nic już nie zrobią. Obrócił się tyłem do dmuchanej burty i oparł o nią. Koło siebie miał Feliksa, który uśmiechał się do niego, choć Taurys naprawdę wątpił, aby Polsce było wybitnie do śmiechu teraz w tych przemoczonych – przesolonych ubraniach. Bliżej rufy, koło Łotysza przy silniku, siedział Havel i po prostu patrzył. Nie było w tym kpiny, wręcz przeciwnie i może w innej sytuacji Taurys kazałby swojej podświadomości spółkującej z jego własnym ego się zamknąć, ale jakoś teraz nie miał na to siły. W głowie huczało mu od wydarzeń ostatnich dni. Droga, nadzieja na spotkanie, ten przerażający moment, gdy znaleźli Raivisa, i znowu droga, tląca się nadzieja i ten żal, rozczarowanie i wściekłość wymieszane ze sobą na wieść, że ktoś kogoś puścił ot tak, żeby się zabił. I to brat brata. Josef Feliksa. I co z tego, że powstrzymywanie Łukasiewicza było jak walka z wiatrakami… I tak liczyła się próba, ale Josef.
Prychnął cicho.
– Nazwij mnie jeszcze raz przydupem, a…
Zawiesił głos, ale karabin wycelowany w Havla mówił sam za siebie. Olena wciągnęła głośno powietrze, Erzsébet wbiła w niego spojrzenie, ale on tego nie widział. Josef podniósł ręce do góry, a w wyrazie jego twarzy było coś takiego, co strasznie kojarzyło mu się z Feliksem.
– Nie zamierzam – powiedział powoli i przez moment Taurys miał wrażenie, że to jakaś cholerna farsa. A potem, zaraz obok niego Łukasiewicz roześmiał się i objął go powtarzając w kółko to „brawo, Licia” jak jakąś mantrę. Havel opuścił dłonie, a Olena odetchnęła z wyraźną ulgą. Spojrzał na nią i uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć „przecież bym do niego nie strzelił”, ale przed samym sobą przyznać musiał, że wcale nie był tego taki pewien. Może gdyby nie było tu nikogo innego poza nim i Havlem, to jednak by strzelił? Westchnął.
– Cicho, Feliks. – Zmierzwił Łukasiewiczowi włosy, a ten i tak powtarzał swoje, byle tylko choć trochę zepchnąć na bok myśl o tym, jak to cholernie boli, gdy słona woda dostaje się do ran.
Łotewski brzeg pozostawał za nimi, skrząc się światłami Ventspils. Druga łódź już odpływała i on miał naprawdę nadzieję, że definitywnie wyczerpali limit swojego pecha na jakiś czas.

Koniec

Reklamy

One thought on “Wojenka – Epilog

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s