Are your lessons done?

Na początku sporo przekleństw, proszę się nie zrażać. Fic bardzo niepoprawny politycznie. Postacie występujące w Zjeździe rodzinnym, wypadałoby je znać. Jeśli nie to: Czechy – Josef Havel, Słowacja – Michaela (Misia), Serbia – Goran (nerwowy typ).
Fic typu zero akcji. Ani to fluff, ani to angst. Może coś a’la obyczaj?

Ludzie są tak nieodzownie szaleni iż nie być szalonym znaczyłoby być szalonym innym rodzajem szaleństwa.

Blaise Pascal

Are your lessons done?

Czechy miał dość. Poznał to po tym, że zaczynał się wyrażać jak Serbia.
– Nie, Misiu, nie mogę się z tobą spotkać, bo mi roboty napierdolili! Mówię ci, zajebię tego skurwysyna. A zaraz potem własnoręcznie uduszę tego od Polski, drugi taki palant. Tak, chodzi o traktat lizboński. Jak to, kurwa mać, przyjąłem, to oczywistym jest, że chcę, żeby to podpisał. Po chuja mam się oglądać na jakąś Irlandię, ta, słuchaj rudych, daleko zajdziesz! Ja? Nie, wcale nie jestem zły. Może trochę. Dobra, masz rację, jestem cholernie wściekły, i co to zmienia? Co? Rozwiodłaś się ze mną, żeby nie słuchać moich wrzasków? Czy ja kiedyś wrzeszczałem? Co ja, Feliks jestem? Co? Przeczuwałaś, że w przyszłości będę wrzeszczał… Kobieta intuicja, tak? Weź się nią wypchaj!
Josef rozłączył się i rzucił komórką o ziemię. Urządzonko poszybowało wdzięcznie, acz krótko, i rozwaliło się na wiele, wiele części. Nie było co zbierać. I jak to w takich przypadkach bywa, Czechy zrozumiał, że przesadził i to bardzo. Fani Perfectu oczywiście się nie mylili, bo wykrzyczanych słów nie można cofnąć mocą żadną było, bo numer komórki Misi miał Joszka zapisany tylko we własnej komórce i tak generalnie to Słowacja zrezygnowała jakiś czas temu ze stacjonarnego, więc w książce telefonicznej to jej nie znajdzie.
W drzwiach stanął Polska. Przeczesał palcami włosy, patrząc na szczątki czeskiej komórki.
– Ty też masz zły dzień? – zapytał jakimś nieswoim głosem.
Josef rzucił mu ponure spojrzenie.
– Och, rozumiem… Ten traktat. Mam pomysł, weźmy ich pozabijajmy i zarządźmy anarchię. Albo wyślijmy ich do Sealandii i tam się każmy bawić…
– Nie próbuj być zabawny – Czechy gwałtownie uciszył Polskę.
– Dobra, ostatnia szansa. Jak ci powiem, totalnie posikasz się ze śmiechu. Taurys jest na randce z Nataszą.
Josef przyjrzał się bratu. – To dlatego wyglądasz jakbyś rozważał przypadkowe wpadnięcie pod tramwaj?
– Czekam z utęsknieniem na moją prywatną Annuszkę – zapewnił Feliks, a jego plecak przeleciał przez pół pokoju. Polska klapnął na kanapę.
– Oni nas chyba nie chcą – stwierdził Josef, opierając się o stolik i patrząc na swoje paznokcie.
– Sam na to wpadłeś? – Feliks podciągnął nogi pod brodę.
– Gdzie z tymi buciorami na kanapę? – zdenerwował się Czechy.
Polska zrzucił trampki i zamyślił się.
– Czekaj… Mnie nie chce Taurys… A kto tobie dał kosza?
– No Misia.
– A no fakt.
– Pocieszasz mnie – powiedział Josef, siadając na kanapie obok brata.
– Wybacz, nie to było moim zamiarem.
Czechy nie miał siły dalej się przekomarzać. Polska jak zrezygnowany by nie był, to i tak musiał mieć ostatnie słowo, czyli mogli się tak użerać bardzo długo. Zamiast więc rzucić jakąś ripostę, wstał szybko, wziął dokumenty, rozłożył przy biurku i zaczął się nimi „bawić”. Z rozrzewnieniem wspominał czasy, gdy banda durniów wymyśliła sobie, że najadą Śląsk, no i najechali. Albo że wywalą kilku innych debili przez okno. To było fajne. Ciekawe. Niebezpieczne, ale ciekawe. Nikt nie wypełniał przy tym tysiąca dekretów związanych z warunkami, w jakich przetrzymywali konie, kilkunastu umów z płatnerzami, nikt nie zwracał uwagi na Konwencje Genewskie ani inne temu podobne dyrdymały. Świat wydawał się dużo prostszy. Było więcej czasu na poważne rzeczy. Picie piwa na przykład.
Pokój osnuty był przyjemnym cieniem, jako że znajdował się od strony wschodniej, a pora nadeszła już popołudniowa. Pogoda jak marzenie, nic tylko się wybrać nad jakąś rzeczkę, przejść po Pradze… Czechy uważał, że Felkowa jest obrzydliwa i w ogóle nie ma prawa się tak nazywać.
Polska posiedział trochę na kanapie, gapiąc się na szklany stolik. Potem wstał i Josef myślał, że może pójdzie zatruwać życie komuś innemu, ale nie. Jego brat wziął tylko swój plecak, wygrzebał własne papierzyska, rozłożył je na wszystkich meblach wokoło, położył się na brzuchu na kanapie i zagłębił w lekturę, machając nogami w powietrzu. Bose nóżki mknęły to w jedną, to w drugą stronę, działając na Czechy niemalże hipnotyzująco.
– Po coś tu w ogóle przylazł? – zapytał w końcu, gdy stwierdził, że zaraz poziom jego poirytowania może stać się niebezpieczny dla sprzętów w pomieszczeniu.
– Pownerwiać cię – odparł bez wahania Feliks. Josef szykował się, żeby wstać i zrobić bratu krzywdę, kiedy ten dodał: – I bo smutno mi było samemu w domu.
Cała złość w swoim metaforycznym biegu zwinnie zawróciła i oddaliła się w przeciwnym kierunku, pogwizdując cicho i udając, że tak naprawdę nigdy jej nie było. Czechy oklapł. Jak on nienawidził tego cholernego manipulanta.
– Nie chrzań – powiedział, ale bez przekonania.
Bosa stopa pomknęła ku tyłkowi Feliksa i znów ku oparciu kanapy. Powtórzyła manewr w przeciwną stronę, gdzieś w połowie krzyżując się z drugą bosą stopą. Josef obserwował ją kątem oka. Powieka zaczęła mu drgać. Zmusił się do skupienia na raporcie. Przynajmniej jego brat nie założył spódniczki, tylko krótkie spodenki. Spodenki, które w zasadzie mogły być w sposób bezpretensjonalny krótsze od spódniczki.
– Masz komórkę? – zapytał Czechy, gdy zorientował się, że od dziesięciu minut czyta to samo zdanie. Co gorsza Polska przebrnął przez kilka dokumentów i ułożył je na schludnej kupce na podłodze obok kanapy. Josef nie cierpiał, gdy inni mieli lepszą wydajność od niego.
– Rozładowała mi się – bąknął Feliks, skupiony na walce ze spinaczem, który bronił zaciekle dostępu do pliku kartek.
– Żadnego pożytku z ciebie nie ma – warknął, właściwie sam nie wiedząc, czemu warczy. Chciał zadzwonić do Słowacji i przeprosić. Misia potrafiła się długo o takie rzeczy gniewać. Nie. W sumie nie gniewać. Ona uwielbiała zmuszać Josefa do tego, żeby się przed nią płaszczył i przyznawał jej rację. Po tym wszystkim, co przeszli, jakby nie patrzeć, miała prawo.
– A z ciebie to kurde jest, co nie, aksamitku? – odparował Polska bez specjalnego przekonania. – Masz długopis?
– Nie. Rozładował mi się – powiedział Czechy, trzasnął teczką o biurko i zaczął z furią zdejmować gumki służące do jej zamknięcia.
Feliks sięgnął po plecak, a nogi posłużyły mu teraz do zachowania równowagi. Jak to zwykle w takich przepadkach bywa, zabrakło mu koło centymetra i Polska, stękając i wyciągając się, powoli, acz nieuchronnie, wpół spadł, wpół stoczył się z kanapy. Czechy nie potrafił się nie roześmiać, widząc jak brat ze zrezygnowaniem podpełza do plecaka. Menda, zrobił to specjalnie.
– Głupek – skwitował Josef.
Polska wsadził głowę do plecaka i zamamrotał coś. Czechy wątpił, żeby miało to sens, ale liczył się efekt. Akustycznie Feliks miał ostatnie słowo.
Josefowi prawie udało się przejrzeć cały raport energetyczny. Prawie, bo jego brat siedział teraz na podłodze, opierając się plecami o kanapę, i znowu bezczelnie przyciągał czeską uwagę. Na jego dziecięcej twarzy malowało się urocze skupienie. Dokumenty miały zieloną okładkę z wymalowaną piłką, a na niej widniały dwie flagi: biało-czerwona i niebiesko-żółta. Feliks wygiął wargi w dzióbek i mimowolnie bawił się ołówkiem. Naprawdę interesował się tym Euro 2012.
Czechy wsadził sobie palec do ust i mocno ugryzł. Pomogło. Znów znajdował się w świecie własnych problemów. Mimo to, nie mógł się pozbyć wrażenia, że odrabiają lekcje i zaraz wpadnie tutaj Mieszko albo Borzywoj i będą pytać, czy Feliks i Josef poduczyli się już łaciny i czy znają Pismo Święte.
Poddał się. Dzisiaj nie popracuje. Nie pamiętał, kiedy szło mu tak opornie. Myśli same przeskakiwały na inny tor, mknąc przez mgliste wspomnienia, zapomniane idee i niepoważne wymysły.
Zrobił miejsce na biurku, odsunął krzesło, położył nogi obok stosika kartek, splótł dłonie na brzuchu i wpatrzył się w Feliksa. Przybrał najbardziej szyderczą minę, na jaką było go stać. Niepotrzebnie, bo Polska bezgranicznie skupił się na tym swoim Euro. Analizował, kreślił, zaznaczał. Wygrzebał zakreślasz i Josef tylko czekał, kiedy braciszek nieświadomie włoży go sobie do ust piszącą końcówką.
– No to mówisz, że Taurys wyrwał Tasię w końcu? – zapytał po jakimś czasie, grzebiąc przy skórkach od paznokci.
Feliks podniósł głowę znad teczki i spojrzał pytająco. Po chwili zrozumiał, o co brat go pytał.
– Ta, przezabawne, co nie?
– Szczególnie jak mu znowu połamie palce. – Czechy aż parsknął, przypomniawszy sobie ten incydent.
Polska nie odpowiedział. To było dziwne. Zawsze skupiał się na tym, co nie trzeba, nie przywiązywał wagi do zobowiązań i w ogóle był jakiś bardziej… dziecinny… Josef nieswojo czuł się w roli prowokatora, tego co dzióbie do kogoś i mu przeszkadza.
– Taurys to jest dziwny. Niby mężczyzna, co potrafił świetne bitwy rozgrywać, gdy…
– Gdy nie plątałem mu się pod nogami? No fakt.
– Ty to powiedziałeś. – Josef spojrzał przez okno. Jakaś panienka szczerzyła się do niego z wielkiego plakatu czy rysunku na budynku naprzeciw. Nie wiedział, co reklamowała. – W każdym razie pokazał, że ma jaja, a z drugiej strony to taki z niego sługus…
– Taki ma charakter – powiedział spokojnie Feliks i skreślił coś. – Lubi się czuć potrzebny.
Czechy założył ręce za głowę. – On jest jakiś nienormalny. Natasza gania za Iwanem, Taurys za Nataszą i wszędzie mamy pogoń…
– Na tle naszej rodziny to on jest bardzo normalny.
Polska uważnie przyglądał się kartce. Zaczął przekopywać inny stosik.
– To też świadczy o jego szaleństwie. Nawet Prusy lekko zbzikował, a ma z nami taki krótki staż.
Feliks znów nie odpowiedział. Josef znów miał ochotę się ugryźć.
– Przeszły ci już myśli samobójcze? – zapytał, myśląc, że nieźle dobrali się. Jeden planuje własne zabójstwo, a drugi samookaleczenie.
– Tak, nie dostaniesz Śląska – odparł Feliks jakby mimowolnie, nie odrywając wzroku od kartki.
Czechom trochę ulżyło. Wstał, wysoko przekładając swoje nogi nad biurkiem z ekspresją, która udowadniała, że on i Polska to zdecydowanie bracia. Przeszedł do kuchni. Nie przepadał za tym roboczym apartamentem. Stokroć wolał swój maleńki kolorowy domek na Złotej Uliczce, ale nie chciał kalać go obecnością tych wszystkich ludzi, którym wydawało się, że mogą nim rządzić jak im się żyw nie podoba. Jak to mówił ten szaleniec od Feliksa? Każdy kto odważy się podnieść rękę na władzę może być pewny, że ta władza mu tę rękę odrąbie, czy coś w ten deseń… Taa… Był ciekawy, jak udałoby się im odrąbać rękę całemu krajowi, zaiste ciekawy widok.
Josef otworzył lodówkę, wyjął piwo, które wydało mu się jakieś podejrzane, więc zerknął na etykietkę. I miał ochotę wyć. Wyć, tupać, rzucić się na ziemię i walić pięściami w podłogę. Zaopatrzeniowcy najwyraźniej rozważyli jego prośbę o kupno tego złocistego napoju po swojemu. Piwo było bezalkoholowe. Czechy otworzył butelkę zębami (lata praktyki) i wylał wszystko do zlewu. Tego w swojej obecności tolerował nie będzie. Piwo bez alkoholu, kawa bez kofeiny, seks bez orgazmu… Co to ma być za świat?!
Josef wrócił do lodówki. Zerknął do zamrażalnika. Spokojnie mroziły się tam trójsmakowe lody. Wziął je, łyżeczkę i wrócił do pokoju. Feliks nie zmienił swojej pozycji ani o centymetr. Wbił wzrok w sufit i poruszał bezgłośnie ustami, chyba coś przeliczał. Czechy usiadł obok niego, ale na kanapie, i zajął się lodami. Wieczko dało się podważyć łatwo końcówką łyżeczki, zrobiło głośne „pyk!” i ujawniło swoje zbawienne wnętrze. Joszka zerknął na brata, ale ten nawet nie odwrócił głowy. Zwykle siedziałby już na nim i domagał się swojej porcji. Taki bezruch przerażał Czechy. Kojarzył się z Obwodem albo myślącym Iwanem. Koniecznie trzeba było coś z tym zrobić.
– Ile razy mi będziesz jeszcze nadzieję robił, że dostanę ten Śląsk? – zapytał Joszka zaczepnie.
– Generalnie mam nadzieję, że ani razu – odparł lakonicznie Feliks.
Czechy przesunął końcówką łyżeczki po lodach i patrzył jak słodycz zwija się w apetyczny strączek. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
– Ja w sumie też – powiedział tak pro forma. Żeby stwarzać chociaż pozory.
Josef wpakował porcję lodów do ust i delektował się z głośnym mlaskiem. Zaczynał się zastanawiać, czy to nie jest jakaś gra, bo Feliks był nieugięty. Nie obejrzał się. Czechy zmrużył oczy i spróbował dojrzeć, co też tam Polska gryzmoli na marginesie i wywnioskował, że to chyba kolumna cyfr. Nic ciekawego. Poddał się. Położył pudełko lodów na kanapie, bo zaczynał tracić czucie w ręce, a wizja mokrych spodni nie była mu specjalnie miłą.
– Co robisz, jak ktoś wtrąca ci się w twoje sprawy? – Uszom Joszki zajęło trochę czasu przekazanie informacji do mózgu, bo ten skupił się na kładzeniu na kapie lodów i swojego właściciela.
– Wywalam go przez okno – powiedział, nie zbyt myśląc nad tym, co właściwie mówi.
Feliks przejechał nadgarstkiem po nosie, jakby go coś w nim wierciło.
– Dawno już powinienem leżeć rozflaczony na ulicach Wilna – stwierdził.
– Ciężko nie zaprzeczyć – zachichotał Joszka.
No i się wszystko wyjaśniło. Sprawy państwowe nie były tak ważne, nimi zajmowała się banda niekompetentnych ludzi jak na porządne demokratyczne państwo przystało. Felek był myślami daleko, aż by się chciało rzec: tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych… Moment, czy przypadkiem Niemen nie ma swoich źródeł na Białorusi? Ojojoj, tu cię mam, braciszku…
Joszka chciał właśnie przekazać Felkowi swoje przemyślenia, ale ten go ubiegł:
– Taurys uważa, że za bardzo go naciskam. – Czechom odechciało się żartów.
– To go nie naciskaj – rzucił tylko, ciamkając bratu nad uchem.
Polska odwrócił się, spokojnie wziął lody, wyjął łyżeczkę z czeskiej ręki i zanurkował nią w różowe pole, które sugerowało kolorem jakiś element wspólny z truskawkami. Josef chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował i położył głowę na kanapie. Skrzywił się momentalnie, bo oczywiście trafił w miejsce mokre od pocącego się pudełka. W końcu temperatura pokojowa to jakieś dwadzieścia stopni więcej od jego naturalnego środowiska.
– Ale on ma taki guziczek gdzieś w sobie, co ciągle mi mówi „naciśnij! naciśnij! naciśnij!” – powiedział Polska i oblizał wargi. Ani razu nie spojrzał na brata.
– Guziczek ci mówi? – zapytał Czechy, podpierając głowę na ręce.
– No, generalnie tak.
Joszka przewrócił się na plecy. Menda wyżerała mu lody, ale przynajmniej trzymała się swoich truskawkowych, a jego czekoladowe zostawiła w spokoju. Ale jeśli dobierze się do śmietankowych, to Czechy nie ręczył za siebie… Feliks oparł się łokciami o kanapę, lody położył przed sobą i zaatakował brązowe pole. Tak jawnego aktu agresji, czy wręcz prowokacji!, Josef się nie spodziewał i już chciał się podnieść, gdy łyżeczka zawędrowała w pobliże jego ust. Część lodów znalazła się na wąsach, ale i tak to było miłe.
Skoro już się wzajemnie rozbrajamy, pomyślał Czechy i powiedział: – Tęsknię za Słowacją.
– Jest tuż obok – stwierdził Feliks, wracając do swoich truskawek. Joszka zastanawiał się czasami, czy jego brat lubi ten akurat rodzaj ze względu na smak czy kolor.
– Właśnie dlatego za nią tęsknię – odparł Czechy.
Polska nie powiedział nic, tylko nabrał sporą porcję czekoladowych i nakarmił nią brata. Josef powoli delektował się słodyczą. Podniósł rękę i popukał knykciem w głowę Feliksa. Ten zrobił śmieszną minę będącą mieszanką złości i zrezygnowania, a Czechy się roześmiał. Wstał, myśląc, że wybitnie go dzisiaj nosi. Przeszedł obok swojego biurka, a Polska obrócił się, ułożył lody na gołych nogach, co zaowocowało sykiem Feliksa. Josef pokręcił głową. Poszperał w płytach. Z miejsca odrzucił kilku rodzimych wykonawców. Miał dość swojego narodu prawie tak bardzo jak miał dość narodu polskiego. W końcu znalazł stary album Leonarda Cohena. Wsadził płytkę do odtwarzacza, coś tam w środku zgrzytnęło, zaszumiało i włączyło się. Z głośników popłynęła spokojna bajkowa melodia „Hey, that’s no way to say goodbye”. Dobre na początek. Pogoda za oknem zaczynała się psuć. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Cień zamienił się w właściwie w półmrok.
Czechy wrócił na miejsce na kanapie. Coś w odtwarzaczu zgrzytnęło i urządzenie włączyło inną piosenkę w połowie poprzedniej. Josef pomyślał, że oni chyba wszystko dają mu wybrakowane, żeby tylko pracował i nie zajmował się niczym innym. Bezalkoholowe piwo, spieprzony odtwarzacz… Aż strach pomyśleć, co jest w tych lodach, które właśnie pałaszował Polska. Czekoladowe zaczynały powoli pływać, nie wspominając o śmietanowych, które najechały truskawkowe. Feliks pozbył się ich w samoobronie, więc Josef nie miał ochoty się nawet o to kłócić.
I met a man who lost his mind
in some lost place I had to find,
follow me the wise man said,
but he walked behind.

Melodia wbijała się pod czaszkę. Wydawała się trochę psychodeliczna. Gdzieś w oddali zagrzmiało.
I was handsome I was strong,
I knew the words of every song.
Did my singing please you?
No, the words you sang were wrong.

– Myślisz, że generalnie tak miało być? – zapytał Feliks, grzebiąc w lodach. Josef wyjął pudełko i łyżeczkę z jego rąk, zanim wszystkie smaki stały się jednością. Nie wiedział, o co chodziło bratu, ale uznał, że pytanie o to zabiłoby tę rzadką atmosferę intymności, która się wytworzyła.
– Nie. Myślę, że tak nie miało być – stwierdził powoli, prowadząc wykopy w białym polu. – Myślę, że myśmy to sami wszystko zrobili.
– Czyli miało być inaczej… – Feliks przechylił się i oparł głowę o kolano brata.
– Może być inaczej – sprostował Josef.
They laughed and laughed and said,
Well child,
are your lessons done?
are your lessons done?
are your lessons done?

W umyśle Czech wytworzyły się dwie równoległe myśli. Jedna, że odtwarzacz chyba się zaciął. Druga natomiast dotyczyła tego, o czym już wcześniej myślał. O Borzywoju i Mieszku, pytających, czy odrobili lekcje. Właśnie? Odrobiliśmy lekcje historii tak, jak należało? Feliks chyba czytał mu w myślach.
– Ile razy wywaliłeś kogoś przez okno? – zapytał.
– Dwa – odparł Josef bez wahania. – W 1419 i w 1618. Jeszcze coś we Wrocławiu było, ale to…
– Porównaj – powiedział Polska tonem sugerującym, że się nakręcił. – Ja powstań miałem z dziewięć. Nie licząc tych spornych. Insurekcja kościuszkowska w 1794, powstanie listopadowe w 1830, krakowskie w 1846 i wtedy też rabację galicyjską, potem styczniowe w 1863.
– Rabacji nie wliczaj, ona nie była skierowana przeciwko zaborcom. – Josef oblizał dokładnie łyżkę i zapatrzył się na resztki lodów. Nie nadawały się nawet do ponownego zamrożenia.
– Nie wliczam, tak o niej wspomniałem. Powstanie wielkopolskie w 1918 roku, trzy powstania śląskie od 1919 do 1920. Powstanie warszawskie w 1944.
Czechy nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. Polska uszczypnął go w łydkę, najwyraźniej domagając się uwagi i komentarza.
– Jak rozumiem, nie wliczasz tych, które były przeciwko tobie – rzucił złośliwie Joszka i zaczął rozmasowywać bolące miejsce.
– No nie. Bo wtedy byś się do reszty załamał.
Z Polską czasami trudno było gadać. Jak to ktoś powiedział? Że jeśli kogoś nie zna, to jest nieśmiały i trudno się z nim porozumieć… A jak kogoś zna, to jest jeszcze gorzej… Coś takiego, w każdym razie sens ten sam… Kurde, ale ktoś sobie trafił z charakterystyką.
– A ileż, mój drogi braciszku, tych powstań ci się udało? – Josef ponowił próbę dogryzienia bratu.
– Dwa – odrzekł Feliks bez mrugnięcia okiem.
– No widzisz. Mnie moje dwie defenestracje też się udały. Wychodzi na równo.
Polska zakaszlał i odwrócił głowę by spojrzeć na Czechy.
– Jak wypieprzenie kogoś z okna może się nie udać? – dość głośno wyraził swoją wątpliwość.
– W tym cały sęk. Trzeba wybierać najpewniejsze rozwiązania.
Feliks przechylił głowę i zmrużył złośliwie oczy. – Totalnie nie wiem, czy ci się opłaciły wojny husyckie, a tym bardziej wojna trzydziestoletnia. Szlachtę ci wytłukli. Dlatego teraz tak, kurde, śmiesznie gadasz. Nie miał kto ci kultury rozwijać.
Josef uniósł się honorem. – Odpieprz się. Moją kulturę tworzyli mieszczanie, którzy byli zaradni i praktyczni. A ty miałeś tą swoją szlachtę, co się rozbisurmaniła i ogólnie dupy dała.
Gdy to powiedział, zastanowił się, czy lekko nie przegiął. Polska pojrzał w bok, wydął usta; chyba się nad czymś zastanawiał. Potem przeniósł wzrok na brata, uśmiechnął się jednym kącikiem ust i walnął Joszkę w goleń zaciśniętą pięścią. Czechy aż się zwinął, a do oczu napłynęły mu łzy. Feliks też nie wyszedł z tego bez szwanku, bo machał w powietrzu luźną dłonią, klnąc przy tym coś pod nosem. Josef kopnął go w odwecie w bok, ale jakoś bez przekonania. Z głośników leciało radosne „Tonight will be fine”.
– Gorana i tak nie pobijemy – stwierdził Czechy, gdy obaj rozeznali się w swoich uszczerbkach na zdrowiu.
– Totalnie – odparł Polska, rozcierając knykcie. – Taki już nasz los Słowian, ciągle pod kimś siedzieć. Jeden Iwan się uchował.
– Więcej szczęścia niż rozumu. – Kiedy to powiedział, Havel rozejrzał się odruchowo.
– To ktoś ma rozum w tej rodzinie? – Feliks jak zwykle miał pewne wątpliwości.
Czechy się zamyślił. – Ja.
– Mylisz pojęcia – skwitował go Polska. – To nie rozum. To tchórzostwo.
– Jedno drugiego nie wyklucza.
Josef spokojnie wzruszył ramionami i wyłożył się na kanapie. Sięgnął po jeden z dokumentów brata. Na raporcie o dotychczasowych postępach w organizacji Euro widniały małe rysuneczki. Margines cały był zamazany malutkimi grubiutkimi postaciami. W jednej scence Czechy rozpoznał siebie wywalającego przez okno coś na kształt gluta w okularach, z loczkiem i pieprzykiem. Cóż, nietrudno się było domyśleć, kto też tam poleciał.
Tak więc wyglądała twoja praca, Feluś…
Josef złapał mokre pudełko po lodach, chwycił nogę brata i wytarł dokładnie pudełko. Zemsta była słodka. Polska darł się i wyrywał, a grozy sytuacji dopełnił deszcz, który zaczął bębnić o okno.
Oh, the wind, the wind is blowing,
through the graves the wind is blowing,
freedom soon will come;
then we’ll come from the shadows.

Odtwarzacz sięgnął szczytu bezczelności, bo piosenka śpiewana po angielsku zrobiła się nagle piosenką śpiewaną po francusku. Czechy rozochocony arogancją swojego sprzętu unieruchomił brata i przyłożył zimnawe jeszcze pudełko do polskiej stopy. Feliks wrzasnął i trzepnął Josefa jakąś teczką. Czechy w końcu go puścił. Przy okupacji Polski trzeba się sporo natrudzić, on zawsze znajdzie sposób, żeby gdzieś agresorowi nakopać.
– Jak to się wszystko skończy? – zapytał Feliks, leżąc na wznak na podłodze i łapiąc oddech.
– Tak jak zawsze się kończyło – odparł Josef. Spocił się prawie jak pudełko lodów. – Ktoś da komuś w mordę, ktoś się z kimś pokłóci, a ktoś z naszej rodzinki kopnie kogoś w dupę dla jaj i mamy kolejną wojnę.
– Przeznaczenie… – westchnął Polska. – Mam ochotę kopnąć Iwana w dupę. I to generalnie nie na jaja.
Mózg Czech przegenerował „nie na jaja” na „a w jaja” i Josef zachichotał.
– Nie przeznaczenie – zaprotestował rozbawiony. – Wybór. Iwan ma wielką dupę. Ale zrobisz, co będziesz chciał.
Feliks zastanowił się porządnie. – No to kopnę Obwód.
Bracia roześmiali się. Zadzwonił telefon, a gdzieś blisko grzmotnął piorun.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s